Artykuł filarowy: co to jest, i dlaczego warto je mieć na swoim blogu?

Jak napisać artykuł na blog

Jest na tym blogu wiele długich artykułów i za każdym razem mam obawy, czy taką kobyłę to w ogóle ktoś przeczyta. Najciekawsze jest to, że takie długie i wyczerpujące temat artykuły są jednocześnie tymi, które ZAWSZE cieszą się ogromną popularnością.

Jak szukałem odpowiedzi na pytanie jak długi powinien być wpis na blog, to trafiałem na przeróżne odpowiedzi, ale większość mieściła się w przedziale 600 – 800 słów, a 1000 to już maksymalnie. Bo przecież żyjemy w szybkich czasach. Bo na Twitterze można użyć tylko 140 znaków. Bo nagrania na Vine mogą mieć tylko 6 sekund. Taki jest trend i tak trzeba. Czy aby na pewno?

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z blogowaniem i poszukiwałem informacji o tym, jak rozwinąć blog trafiłam na Yaro Starak’a. Prawdopodobnie to on jest twórcą czegoś, co w anglojęzycznej blogosferze nazywa się „pillar article”.

To on przekonał mnie do tego, że jak ktoś ma z danym tematem problem, albo chce poznać konkretne rozwiązanie, to długość artykułu nie ma dla takiej osoby znaczenia. Wręcz jest ona zadowolona, że wszystko ma w jednym miejscu i nie musi dodawać do zakładek kilku, czy kilkunastu stron poruszających ten sam temat.

Zdecydowana większość wpisów na tym blogu ma ponad 1500 słów. Są i takie, które mają między 2500 a 3000 słów, i mają się świetnie!

Pisałem, piszę i będę pisał długie artykuły, które omawiają dany temat tak dokładnie, jak tylko się da. Bo chcę. Bo lubię. Bo mogę. Bo na takie treści też jest miejsce, a co najważniejsze – zapotrzebowanie.

Po co pisać takie filarowe artykuły?

Artykuł filarowy jest jak ściana nośna w domu. Jak filary w świątyniach. Potrafisz sobie wyobrazić dom bez ścian nośnych? Tak, można sobie to wyobrazić, ale wtedy nazywamy coś takiego namiotem.

Zauważ, że często jedyne co zostało po starożytnych świątyniach, to właśnie filary.

Bez takich filarowych treści blog jest jak dom bez ścian nośnych – prędzej czy później zacznie się sypać.

Co ze statystykami?

To właśnie jest najciekawsze, bo u mnie było tak, że największe skoki w statystykach notowałem wtedy, gdy publikowałem naprawdę porządne artykuły.

Mam sporo wpisów, które są doskonale wypozycjonowane w Google. Są długie, wyczerpujące i jeszcze co jakiś czas wpadają pod nimi komentarze, chociaż niektóre z nich napisałem 3 lata temu. To nie są artykuły komentujące bieżące wydarzenia, ale treści, które były, są i jeszcze długo będą aktualne.

Dlaczego warto pisać długie i wyczerpujące artykuły?

Pozyskujesz wielu nowych czytelników – jeżeli napiszesz dobry, długi, wyczerpujący artykuł, który dodatkowo pomaga rozwiązać konkretny problem, to pojawią się nowi czytelnicy.

Takimi tekstami ludzie zazwyczaj chętnie dzielą się w social mediach, wysyłają je sobie mailami, komunikatorami, albo po prostu o nich mówią.

Jak tekst będzie naprawdę dobry, to wspomną o nim także inni twórcy internetowi: blogerzy, youtuberzy, czy podcasterzy. Taki wpis może także trafić na wykop.pl czy inni portal z bardzo mocną społecznością.

Oczywiście z tej całej fali zaledwie część może zostać na stałe, ale czasami ta „część” może być bardziej liczna niż miesięczna liczba odwiedzin razem wzięta.

Większy ruch z wyszukiwarek – to jest ściśle powiązane z poprzednim punktem. Im więcej linków kieruje do Twojej strony, czy konkretnego wpisu, tym wyżej znajdzie się on w wynikach wyszukiwania.

Link linkowi nierówny, ale nie będę tu wchodził w temat pozycjonowania,  bo to zupełnie inna bajka.

Wiele osób bagatelizuje ruch z wyszukiwarek głosząc, że dzisiaj liczy się tylko Facebook. Czy aby na pewno? Wszystko sprowadza się do tego, o czym piszesz.

Jeżeli dzielisz się wartościowymi poradami, dajesz konkretne wskazówki, podajesz na tacy rozwiązania, to naprawdę warto wziąć pod uwagę to, że Google może stanowić źródło od kilkunastu do kilkudziesięciu procent czytelników.

Bo po co wchodzisz na Facebooka? Głównie dla rozrywki. Sprawdzasz co u znajomych, widzisz zdjęcia, nagrania video, notatki i linki z obserwowanych fanpage’y. Natomiast kiedy  masz problem, to raczej użyjesz Googla.

Przykładowo kiedy moja córka miała kolki w pierwszych tygodniach po urodzeniu i darła się w niebogłosy, to nie wszedłem na Facebooka i nie napisałem:

Hej, nasza mała ma kolkę. Co możecie poradzić, bo ona strasznie płacze?

Bo przecież nie wiadomo kiedy dostanę odpowiedź. Mogę dostać natychmiast kilka wskazówek, ale mogę czekać i modlić się, żeby ktoś to przeczytał i raczył odpowiedzieć. No właśnie, ktoś musi wykonać pewnego rodzaju wysiłek i mi odpisać.

Wątpię, by ktokolwiek pytał o takie rzeczy na Facebooku, no chyba że prewencyjnie.

W takiej sytuacji znacznie bardziej prawdopodobne jest, że otworzysz Googla i wpiszesz: „kolka u noworodka co robić”, albo „co na kolkę u noworodka” itp. Tu nie musisz czekać, aż ktoś łaskawie pomoże. Wpisujesz i już jest! Natychmiast! Otwierasz, czytasz, testujesz i zastanawiasz się jak kiedyś ludzie mogli żyć bez internetu.

Sytuacja jest jeszcze bardziej oczywista w przypadku tematów delikatnych i wstydliwych.

Na Facebooku nie zapytasz: „Jak przezwyciężyć nieśmiałość?”, a w Google tak.

Na Facebooku nie zapytasz: „Jak przestać się przejmować tym, co pomyślą sobie inni?”,
a w Google tak.

Na Facebooku nie zapytasz: „Co robić, jak się nie wie, co chce się w życiu robić?”,
a w Google tak.

Na Facebooku nie zapytasz: „Jak znaleźć pracę bez doświadczenia?”, czy „Jak uwierzyć w siebie?”, a w Google tak.

Im delikatniejszy problem, tym większe prawdopodobieństwo, że czytelnik będzie szukał pomocy raczej w wyszukiwarce, a nie przez social media. Dlatego właśnie taki artykuł poradzi sobie z tak ważną rzeczą jak…

Próba czasu –  wielu blogerów komentuje raczej bieżące wydarzenia, lub dzieli się spostrzeżeniami. Czytam kilka osób, które publikują takie wpisy i świetnie się w tym odnajdują. Potrafią daną sprawę pokazać z innej strony, sprowokować do myślenia i wywołać dyskusję.

Jednak problem z takimi tematami jest taki, że jak szybko się pojawiły tak szybko przemijają. Kto np. dzisiaj szuka w Google czegokolwiek na temat śmierci małej Madzi z Sosnowca?

Dla jasności: nie mówię, żeby o takich rzeczach nie pisać, czy nie komentować. Po prostu trzeba mieć świadomość, że taki wpis czy komentarz ma wydźwięk tylko tu i teraz.

Natomiast dobre, merytoryczne wpisy nie będą może wywoływały takich emocji, ale będą aktualne nawet za pięć i więcej lat. Przez cały ten czas będą dla Ciebie pracowały.

Święty spokój – Google co jakiś czas usprawnia sposób działania algorytmu wyszukiwania. Te większe zmiany zazwyczaj mają takie śmieszne nazwy jak „Pingwin” czy „Panda”.

Po każdej takiej zmianie mnóstwo osób płacze, że ich strony pospadały w wynikach wyszukiwania. Osobiście zawsze po takich zmianach notowałem większą ilość odwiedzin.

Z czego to mogło wynikać? A no z tego, że ludzie kombinują. Zamieszczają na siłę słowa kluczowe w tekstach, dodają stronę do tysięcy dziwnych katalogów, kupują linki, no i potem kończy się na płaczu.

Możesz pisać pod wyszukiwarki, kombinować z zamieszczaniem słów kluczowych, ale prędzej czy później Google coś zmieni i takie strony napisane „pod algorytm” wylecą z indeksu. To, co tworzysz nie ma być wartościowe dla algorytmów czy botów, ale dla ludzi!

Swoją drogą Google przecież cały czas zmierza w tym kierunku, żeby ich wyszukiwarka była jak najbardziej ludzka. Dlatego udostępniają statystyki „Google Analitics” za darmo, żeby sprawdzać jak zachowują się ludzie. Bo jeśli strona czy blog zostały w sztuczny sposób wypozycjonowane na dane hasło na pierwsze miejsce, ale jednocześnie ma zainstalowane Google Analitics, to moim zdaniem następuje tam jakieś porównanie.

Przecież mają jak na dłoni wszystkie dane i jeśli użytkownik wszedł na stronę, zostaje na niej kilka minut i sięga po inne artykuły, to znaczy, że strona spełnia jego oczekiwania.

Jednak jeśli każdy kto wejdzie na stronę wychodzi z niej po 5 sekundach, to znaczy, że taka strona nie daje ludziom wartości i nie zasługuje na pierwsze miejsce.

Dlatego jeszcze raz: nie pisz pod maszynę, ale pisz dla ludzi. Jak ludzie będą zadowoleni, to Google także to doceni.

Widoczność – pewnie już zaczynasz dostrzegać jak nam się to wszystko zaczyna pięknie układać. Kiedy piszesz dobry artykuł, to ludzie wspominają na nim na Facebooku, Tweeterze, Google+, Linkedin i wszelkich innych społecznościach.

Wysyłają go sobie drogą mailową czy przez komunikatory. To sprawia, że jesteś coraz bardziej widoczny i zaczynają Cię zauważać nawet najwięksi gracze.

Ta strategia sprawdzi się doskonale w zatłoczonych branżach, ale przebicie się wcale nie będzie takie trudne, jeśli dostarczysz informacje lepsze niż wszyscy inni.

Przez długi czas pisałem i nagrywałem tylko i wyłącznie o rozwoju osobistym, a uściślając poruszałem tematy motywacji, produktywności, komunikacji i efektywnej nauki.

Pod każdym wpisem toczyły się ciekawe dyskusje i z czasem na moją skrzynkę zaczęły trafiać pytania zupełnie innego rodzaju. Zamiast pytań: „Jak uczyć się historii?” czy „Jak się zorganizować?” dostawałem takie pytania jak:

  • Jak wypromować blog?
  • Jak założyć newsletter?
  • Jak stworzyć produkt online?
  • Jak więcej sprzedawać?
  • Jak pozyskiwać klientów na konsultacje i szkolenia?
  • Jak lepiej pisać? itp.

Zaczęło do mnie docierać, że coraz częściej pomagam w tematach biznesowych niż tych, którymi dzieliłem się na blogu, a jako, że coraz bardziej mi się to podobało, to postanowiłem powoli się przebranżawiać, (o czym wspominałem w tym artykule)

Mogłoby się wydawać, że rynek marketingu i biznesu jest zatłoczony. Przecież tych „ekspert-ninja-marketerów” jest tylu, że jak rzucisz na oślep kamieniem, to na pewno któregoś trafisz.

Jednak wierz mi, że mimo takiego natłoku przebicie się wcale nie jest takie trudne jak się wydaje, i tak jest w każdej branży, która z pozoru wygląda na bardzo konkurencyjną.

Produkt – jak stworzysz obłędnie dobrą serię materiałów, to możesz zrobić z nich ebooka. W ten sposób swoje książki napisało wielu amerykańskich blogerów np. Steve Pavlina czy Leo Babauta.

Taki wyczerpujący artykuł (lub seria artykułów) mogą być świetną podstawą do warsztatów, wystąpień, podcastów czy kursów video.

„Ale Bartek, skoro wszystko będzie za darmo na blogu, to czy ktokolwiek zapłaci, żeby tego samego posłuchać na szkoleniu, albo przeczytać w książce?”

Może Cię to zdziwi, ale TAK. Przecież dowolnego wykonawcy możesz posłuchać całkowicie za darmo, tak? W takim razie po co ludzie chodzą na koncerty? No właśnie – niby to samo, ale inne emocje.

Czy Ty jak trafiasz na jakiś ciekawy blog, to zawsze czytasz wszystkie wpisy od początku jego istnienia? Prawdopodobnie nie.

Swoją przygodę z biznesem zaczynałem od kursów szybkiego czytania i efektywnej nauki. Wtedy też rozpocząłem blogowanie i zamieszczałem dużo artykułów na temat tego, jak uczyć się szybciej, i jak zwiększyć prędkość czytania. Czy to, że dawałem wiedzę za darmo nie zabiło mi biznesu? Absolutnie nie, a wręcz przeciwnie – im więcej dawałem za darmo, tym więcej miałem klientów.

Jak ktoś wpisał wtedy w Google: „kurs szybkiego czytania Katowice / Mysłowice”, „Kurs zapamiętywania Katowice / Mysłowice”, to trafiał na moją stronę, na której zamieszczone były artykuły, materiały video, zdjęcia ze szkoleń i opinie uczestników poprzednich edycji.

Kiedy pytałem ludzi dlaczego przyszli na kurs, skoro dużo mogli się dowiedzieć ze strony, to odpowiadali, że to ich tylko utwierdziło w tym, że znam się na rzeczy.

Widzieli, że odpowiadałem w komentarzach, gdy ktoś miał jakieś pytania. To dawało im poczucie, że nie chodzi mi tylko o to, żeby zarobić, ale o to, żeby autentycznie im pomóc.

Rzeczywiście jak sprawdziłem strony konkurencji, to tam były jedynie informacje kiedy odbywają się zajęcia, ile trwają i jaka jest cena.

Miałem dwa ciekawe przypadki potwierdzające, że udostępnianie wiedzy za darmo nie szkodzi biznesowi, ale bardzo mu pomaga.

Przypadek pierwszy to chłopak, który mieszkał w Mikołowie (odległość ok. 30km od Mysłowic), zajęcia z szybkiego czytania odbywały się w szkole, którą miał po drugiej stronie ulicy, ale przyjeżdżał do nas. Bo czytał blog, bo odpowiedziałem mu w komentarzach, a o tych z pobliskiej szkoły nic a nic nie wiedział.

Drugi przypadek był taki, że pewna pani trafiła na moją stronę, czytała artykuły i wypróbowała jedną z technik pamięciowych ze swoją córką. Młoda załapała, więc owa pani złapała za telefon i poprosiła, żebym uczył jej dzieci (miała jeszcze starszego syna). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na te zajęcia dojeżdżałem co weekend do…Łodzi.

Sam jej to odradzałem bo sądziłem, że spokojnie może znaleźć kogoś na miejscu. Mówiłem, że stawka będzie na pewno wyższa bo dochodzą koszty podróży itp.

Powiedziała, żebym podał stawkę, za którą jestem gotowy przyjeżdżać. Rzuciłem wtedy naprawdę sporą kwotę, bo myślałem, że to ją zniechęci, ale ona bez zająknięcia odpowiedziała: „Ok, to zrobić panu jakąś zaliczkę czy jak?

Wtedy nogi się pode mną ugięły i jak słyszałem z jaką ona lekkością to przyjęła, to żałowałem, że nie zażyczyłem sobie więcej.

A skoro już jesteśmy przy temacie, to serdecznie Cię zapraszam do pobrania mojego całkowicie bezpłatnego ebooka „Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty”!

Brakuje Ci motywacji do działania? Chcesz poznać konkretne i sprawdzone wskazówki dotyczące produktywności?

Mnóstwo skutecznych wskazówek dotyczących motywacji, produktywności i skupienia znajdziesz w ebooku: „Przestań jęczeń i weź się wreszcie do roboty”, którego udostępniam całkowicie bezpłatnie. Dostępny jest w formatach pdf, mobi, ePub. Jest także w wersji audiobooka, więc jest to idealne rozwiązanie do samochodu, do słuchania podczas biegania czy spaceru.

v2 - Kopia

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale w środku znajdziesz mnóstwo konkretnej i praktycznej wiedzy.

Ebooka pobrało już ponad 54.000 osób! 

Kliknij Tutaj i Pobierz Ebooka

Zaufanie – gdy napiszesz rzetelny i bardzo pomocny artykuł opisujący krok po kroku jak coś zrobić, ludzie zastosują się do niego i będą mieli efekty, to jak myślisz, gdzie przyjdą po więcej?

Jeżeli to, co znajdują u Ciebie doskonale rozwiązuje ich problemy, to po co w ogóle mają szukać dalej? Jak czytelnicy Ci ufają, to masz znacznie łatwiej z takim tematem jak…

Konwersja – dostarczając unikalne i wartościowe treści budujesz zaufanie. To już sobie powiedzieliśmy. Jak ktoś wchodzi na stronę i widzi dobre treści, liczne komentarze, lajki i udostępnienia, odpowiedzi autora bloga, to sam będzie znacznie bardziej skłonny do tego, żeby kupić produkt, polubić fanpage, czy zapisać się na newsletter.

Unikalność – czy pamiętasz jaka pogoda była 3 tygodnie temu? Prawdopodobnie nie. Natomiast prawdopodobnie doskonale pamiętasz jaka była pogoda i co robiłeś 11 września 2001. Ten dzień był po prostu inny.

Kiedy tworzysz piekielnie dobre i użyteczne materiały, to Twoje teksty zostają ludziom w pamięci. Myślą o nich jeszcze wiele dni, a może i tygodni po tym, jak je przeczytali.

Zapewne sam czytałeś takie teksty, które zrobiły na Tobie ogromne wrażenie i choć było to kilka miesięcy, a może nawet kilka lat temu, to nadal pamiętasz ich przesłanie.

Od tamtej pory mogłeś przeczytać dziesiątki, jeśli nie setki innych wpisów, które np. komentowały bieżące wydarzenia, ale żaden z nich nie utkwił Ci tak mocno w głowie. Ma to sens?

Ekspozycja – na wielu blogach możesz znaleźć w bocznym panelu lub na stronie głównej sekcję „Najlepsze artykuły”. Jeżeli takiej sekcji nie masz, to wiele tracisz. Zauważ, że gdy ktoś pierwszy raz trafi na Twojego bloga, to może akurat wejść na tekst, który – nazywając rzecz po imieniu, dupy nie urywa. Może stwierdzić, że inne Twoje treści są podobnej jakości, opuści stronę i nigdy już nie wróci.

Natomiast jeżeli zaproponujesz mu swoje najlepsze kąski, to być może sytuacja jest do odratowania. Być może kliknie, przeczyta i będzie zachwycony. Zobaczy, że masz takich tekstów więcej, więc doda stronę do ulubionych zakładek, zapisze sobie adres w Evernote, polubi fanpage, albo zapisze się na newsletter.

Ponadto do takich filarowych tekstów możesz się w przyszłości odnosić.

Przykładowo mogę napisać bardzo obszerny artykuł na temat tego, jak pisać magnetyczne nagłówki.

Po jakimś czasie mógłby powstać inny i nieco ogólniejszy tekst zatytułowany np. „7 rzeczy, które musisz znać chcąc przyciągać dzikie tłumy czytelników”. Jednym z punktów mogłyby być właśnie nagłówki.

Ten punkt opisany byłby dość ogólnie i zawierał tylko fundamentalną wiedzę o nagłówkach, ale pod koniec punktu znalazłoby się zdanie:

To co zostało tu opisane to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat tego, jak pisać nagłówki, które sprawiają, że gałki oczne Twoich czytelników przykleją się do ekranu, to kliknij tutaj”. I to „kliknij tutaj” byłoby linkiem do tego większego artykułu 😀

Ekspert –  to się dzieje czy tego chcesz czy nie. Skoro publikujesz materiały lepsze niż 90% innych ludzi z Twojej branży, to ludzie będą Cię brali za eksperta.

Osobiście mam nieco mieszane uczucia, gdy ktoś sam o sobie mówi, że jest ekspertem.

Zdarzało się, że przedstawiano mnie jako eksperta od efektywnej nauki lub produktywności, choć sam nigdy się za takiego nie uważałem. Jednak nic z tym nie robiłem, nie reagowałem, bo… chyba mi się to trochę podobało.

No wiesz, zaczynasz totalnie od zera, a po kilku latach jesteś w gazetach tytułowany jako „ekspert od…”. Biję się w pierś, że natychmiast tego nie prostowałem, albo wydawało mi się, że to brzmi donioślej niż „bloger piszący o…”. No cóż, zrzućmy to na kanwę błędów młodości.

Niewątpliwie jednak jeżeli zajmiesz się na poważnie konkretnym tematem, to będziesz dla ludzi autorytetem.

Brak hejtu – to jest najpiękniejsze. Bardzo mi szkoda wszystkich tych, którzy często już na starcie blogowania dostają mocne lanie od kowbojów klawiatury. Nigdy nie pozwalałem na to, by w chamski sposób ktokolwiek krytykował w komentarzach mnie lub innego czytelnika.

Komentarzy, które były nie do przyjęcia i musiałem je usunąć było tyle, że spokojnie starczy mi kończyn, żeby je wszystkie zliczyć.

Bez wątpienia długość moich artykułów miała na to wpływ. Dla ludzi, którzy mają sieczkę zamiast mózgu przeczytanie czegoś, co ma więcej niż 1000 słów jest wyzwaniem. Jezuniu jakże oni się muszą napocić, żeby dobrnąć do końca! Już po przekroczeniu 500 słów nieliczne zwoje zaczynają się przegrzewać, więc zwyczajnie odpuszczają i grzecznie wychodzą, ku radości mojej i tych, którzy lubią to miejsce właśnie za jakość dyskusji.

„Ale usuwanie krytycznych komentarzy to zamach na wolność słowa! Zamykasz usta krytykom!”

Skądże. Komentarzy, w których wyrażona jest inna opinia niż moja, w dodatku poparta konkretnymi argumentami jest znacznie więcej. Ba! Zdarzało mi się nawet edytować artykuł i zachęcałem, żeby zapoznać się także z komentarzem np. Jasia Kowalskiego, bo jego zdanie jest zupełnie inne niż moje, w dodatku poparte mocnymi argumentami.

Nasuwa się od razu kolejne pytanie: czy skoro długie artykuły eliminują jednostki, które nie potrafią w sposób kulturalny porozmawiać, to czy nie wpływają one na ogólne zmniejszenie komentarzy?

To trochę zaskakujące, ale u mnie pod takimi artykułami zazwyczaj jest znacznie więcej komentarzy. Wydaje mi się, że Ci ,którzy już dotrą do końca są znacznie bardziej zaangażowani i napiszą choćby: „Bartku, świetny artykuł! Robisz kawał dobrej roboty!” (szczerze mówiąc liczę na to, że jak dotrzesz do końca, to też skrobniesz kilka słów na temat tego artykułu. Skrobniesz? No weź skrobnij 😉 ).

Pod krótszymi wpisami rzadko coś takiego się pojawia, bo publiczność aprobatę wyraża kliknięciem w lajka. Tak miałem na przykład z artykułem „10 rzeczy, które mówiła mama i miała rację”.

Także jeśli chcesz pozbyć się z bloga ludzi, którzy jednym komentarzem potrafią napsuć krwi, to pisz dłuższe artykuły. Gwarantuję Ci, że to zadziała.

Ufff… ta część już prawie za nami. Mam nadzieję, że powyższe argumenty przekonały Cię, że warto mieć na blogu kilka takich filarowych artykułów. Jeśli nie, to mam jeszcze jednego asa w rękawie.

Blog niczym centrum handlowe?

Wszystkie większe centra handlowe posiadają pod swoim dachem takie sklepy jak: Saturn, Media Markt, H&M, ZARA, Smyk, Tesco, Careffour itp.

Jakie są ich wspólne cechy?

  • Zajmują wielką powierzchnię
  • Przyciągają ludzi
  • Są łatwe do znalezienia

Przykładowo na śląsku jest Silesia City Center, w której największą powierzchnię zajmują Saturn i Tesco. Gdzieś pomiędzy nimi są mniejsze sklepy z odzieżą, obuwiem, sprzętem sportowym itd. Są kawiarnie, drogerie, jest fryzjer, kosmetyczka, punkt krawiecki i czego tylko dusza zapragnie.

To jednak nie wszystko, bo przechodząc od sklepu do sklepu natkniesz się na tzw. wyspy, czyli małe punkty, bez wydzielonego konkretnego lokalu. Funkcjonują raczej jak takie małe stragany, na których możesz kupić biżuterię, pieczątki, precle, słodycze i pokrowce do telefonów.

Teraz spójrz na to tak, jedziesz autostradą i widzisz takie wielki moloch. Czy zobaczysz na nim wielki napis reklamujący punkt, w którym kupisz pokrowiec na swojego ukochanego iPhona? Nie. Czy zobaczysz tam neon reklamujący punkt, w którym kupisz precla? Też nie. To może chociaż punkt z odżywkami dla sportowców pokusi się o to, żeby być widocznym już z drogi? Niestety też nie.

Znajdziesz wielkie neony tych sklepów, które zajmują największą powierzchnię. Działa to trochę tak, że te wielkie marki przyciągają, a Ci mniejsi na tym zyskują.

To jest odpowiedni moment, żeby zadać pytanie: czy Ty masz na swoim blogu takie wielkie marki przyciągające tłumy? Czy masz takie artykuły, które przychodzą do głowy podczas rozmowy o konkretnym problemie?

Ostatnio rozmawiałem z Michałem na temat tego, że na blogu uruchomię także podcast. On już opublikował kilka odcinków, więc mówię:

Słuchaj, umówilibyśmy się na Skypie i byś mi powiedział jak to wszystko skonfigurować z tym podcastem. Jak to wrzucić do iTunsa itd.”

Skoro on już to wszystko zrobił, to jaki jest sens, żeby odkrywać koło na nowo?

Odpowiedział mi:

„Wiesz co, to podeślę Ci link do Patt’a Flynn’a. On u siebie zrobił taki poradnik co zrobić krok po kroku, żeby opublikować dobry podcast. Ja szedłem tą instrukcją i wszystko działa doskonale.”

Sprawdziłem ten artykuł i rzeczywiście nic mi więcej nie trzeba.

To jest właśnie sedno sprawy. Jeśli ludzie trafiają do Ciebie nie tylko z wyszukiwarek, ale także przez rekomendacje, to blog zaczyna wchodzić na zupełnie inny poziom.

Drugi przykład to ebook, który udostępniam bezpłatnie w zamian za zapisanie się do newslettera.

W 99% przypadków, jeśli ktoś coś takiego proponuje u siebie, to zazwyczaj ma to kilkanaście stron i jest to nic innego, jak dokument z Worda zapisany do pdf.

Ebook którego ja udostępniam ma 175 stron i zawiera same konkretne informacje. Zapłaciłem za profesjonalną korektę, skład, okładkę oraz zleciłem stworzenie także formatów ePub i Mobi, żeby dobrze się go czytało także na urządzeniach mobilnych. Wkrótce będzie także wersja audio. Znajdź mi drugiego blogera, który oferuje coś takiego swoim czytelnikom bezpłatnie.

A czy Ty już masz tego ebooka? Nie masz? No chyba się obrażę!
W takim razie KLIKNIJ TUTAJ , pobieraj i czytaj 🙂

Owszem, kosztowało mnie to sporo pracy i pieniędzy, ale odkąd pojawił się ten ebook liczba osób zapisanych na newsletter rośnie 10 razy szybciej niż przy poprzedniej wersji.

Ludzie piszą do mnie, że dostali link do bloga od znajomych, którzy polecili im zapisać się na mój newsletter, bo: „Gość bezpłatnie udostępnia dobrego ebooka i w ogóle fajne materiały podsyła”.

Przeczytaj to jeszcze raz: ludzie wysyłają znajomym link do bloga i piszą: „zapisz się do niego i pobierz tego ebooka”.

Tak na chłopski rozum można by pomyśleć, że skoro mają już tego ebooka na komputerze i pisali maila, to przecież mogli go dodać jako załącznik. Ja bym tam tak zrobił. Taką drogą też ten ebook się rozchodzi, ale są i tacy, którzy uważają, że ebook ebookiem, ale inne treści też robią dobrą robotę.

Jak tu nie kochać takich czytelników? No jak? przytul  <– pamiętacie to z GG?

Kończąc ten punkt: np. jeśli prowadzisz bloga o podróżach – zrób wypasiony przewodnik np. o tym jak podróżować stopem po Europie. Opisz gdzie spać, co jeść, gdzie łapać stopa, gdzie nie łapać i czym to grozi, jak łapać, na co uważać i wszystkie inne aspekty z tym związane.

To ma być tak dobre, że jak ktoś powie: „Kurde, fajnie by było tak pojechać gdzieś stopem, ale nie do końca wiem jak się za to zabrać”, to Twój czytelnik od razu powie: „Stary, no zaraz Ci podeślę link do takiego artykułu, w którym masz wszyściutko od A do Z wyłożone na tacy.

Teraz to już naprawdę kończymy ten punkt. Ostatni przykład w zasadzie powinien znaleźć się w kolejnej części, w której porozmawiamy o tym…

Co może być artykułem filarowym?

Przez ostatnie dni przeglądałem blogi z wielu różnych dziedzin, zawierające obłędnie dobre treści. Na tej podstawie powstałą poniższa lista. Jednak to nie jest stała rama, bo w zasadzie każdy większy artykuł jest mieszanką kilku kategorii. Co najwyżej jedna z nich będzie dominowała nad pozostałymi.

Artykułem filarowym może być:

Artykuł edukacyjny – do tej kategorii włożyłbym wszystko z kategorii: „how to…”. Czyli wszelkie wpisy, które pokazują

  • „Jak zrobić…”
  • „Jak nauczyć…”
  • ‘Jak pokonać / poradzić sobie z…”

Przykładowo jeżeli znasz się na marketingu dla małych firm, to napisz piekielnie wartościowy artykuł, w którym pokażesz jak przedsiębiorcy mogą reklamować się za darmo lub niewielkim kosztem.

Pokaż jakie strategie online oraz offline mogą wykorzystać, żeby przyciągnąć więcej klientów i osiągać lepsze wyniki finansowe.

Znasz się na rekrutacji? Napisz co warto zrobić, żeby mocno zapunktować na rozmowie kwalifikacyjnej, jak się przygotować, jak przyjść ubranym, czego unikać, co można zrobić jeszcze przed oficjalną rozmową, żeby zwiększyć swoje szanse, jak napisać CV i list motywacyjny, co zrobić jeśli nie ma się doświadczenia w danej branży itp.

Jesteś specjalistą od nieruchomości? Opisz cały proces kupowania mieszkania. Jakie mieszkanie kupić, gdzie najlepiej starać się o kredyt, jakie są różnice nieruchomości pomiędzy różnymi regionami, na co zwrócić uwagę kupując mieszkanie, jak wynegocjować lepszą cenę. Tu można w zasadzie przygotować także świetną listę kontrolną, z którą czytelnicy mogą się udać do banku czy na oględziny mieszkania.

Przykłady mógłbym mnożyć godzinami.

„Bartek, ale takich artykułów jest już dużo”

Nie szkodzi, po prostu napisz lepszy niż wszystko, co można znaleźć. Sprawdź jakie pytania padały w komentarzach i ujmij to w swoim artykule, zgłąb wiedzę i podaj więcej użytecznych informacji, zakwestionuj coś, co podają wszyscy inni (oczywiście tylko wtedy, jak potrafisz udowodnić, że racja jest po Twojej stronie), dodaj do tego historię z własnego życia i to już będzie zupełnie inny poziom.

Słownik branżowy – każda branża czy subkultura ma swój specyficzny język. Dla Ciebie wszystko jest jasne i klarowne, bo siedzisz w danym środowisku, ale postaw się w sytuacji kogoś, kto dopiero raczkuje w danym temacie. Dla takiej osoby artykuł wyjaśniający podstawowe pojęcia będzie na wagę złota.

W marketingu internetowym funkcjonują np. takie pojęcia jak: squeeze page, sales letter, traffic, newsletter, konwersja, ROI, sales funnel, affiliate marketing, call to action. Czy wiesz co oznacza każde z nich?

Weźmy pod lupę coś innego. Czy mówią Ci coś takie pojęcia jak: wing, field, HB, IOI, opener czy pivot? Jeśli tak, to dlatego, że prawdopodobnie jesteś facetem i zgłębiałeś wiedzę na temat uwodzenia.

Czy w Twojej branży używa się specyficznego języka? Jeśli tak, to zrób słownik, dzięki któremu nawet największy fajtłapa zrozumie o co chodzi.

Raport wyczerpujący temat – czasem temat, za który się zabierasz jest tak obszerny i złożony, że wręcz niemożliwym będzie opublikowanie tego w jednym artykule.

W takim wypadku podziel to na części i opublikuj serię artykułów. Świetnym rozwiązaniem, który widziałem u amerykańskich blogerów jest stworzenie osobnej strony, na której zbierzesz linki do wszystkich artykułów z danej serii, a linki do tej właśnie strony wyeksponowany jest w panelu bocznym.

W Polsce takie rozwiązanie widziałem póki co tylko u Michała Szafrańskiego, który z serii wpisów stworzył przewodniki po konkretnym temacie. Np. tutaj znajdziesz mnóstwo wiedzy dotyczącej kupna mieszkania.

Gdy taka seria już jest gotowa, może zostać zredagowana i zamieniona w ebooka. Wtedy rzecz jasna tracisz nad tym nieco kontroli, bo nie jesteś w stanie śledzić gdzie taki dokument zostanie zamieszczony, i ile osób pobiera go z innych źródeł niż Twój blog. Ponadto taki ebook może zwyczajnie wędrować pocztą pantoflową, ale czy jest sens zawracać sobie tym głowę?

Możesz wydać to samodzielnie i jeśli masz dużą publiczność, to wtedy wpadnie trochę grosza. Natomiast jeśli nie specjalnie zależy Ci, żeby książka uczyniła Cię bogaczem, to możesz wydać ją przez wydawnictwo. Dzięki temu jest szansa, że pozyskasz wielu zupełnie nowych czytelników.

Lista – to bardzo popularny format na blogach, które nastawione są na przekazywanie różnych porad, trików i lifehacków. Na pewno widziałeś artykuły, które w nagłówkach miały konkretne cyfry np:

  • „10 najlepszych sposobów na płaski brzuch”
  • „101 sposobów na oszczędzanie pieniędzy”
  • „8 najlepszych sposobów na zwiększenie kreatywności”
  • „40 sposobów na to, jak wzbudzić i utrzymać motywację do działania”
  • „7 sposobów na to, żeby w Twoim związku znów było dzikie pożądanie”

Takie artykuły cieszą się dużą popularnością, ponieważ łatwo się je czyta. Punkty zazwyczaj są pogrubione i powiększone, więc tego typu artykuły są też łatwe do przeskanowania. Skoro jesteśmy przy skanowaniu, to teraz coś dla tych, którzy skanują ten właśnie artykuł:

skanowanie

Jeśli poszczególne punkty będą dla czytelnika interesujące, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że wróci na sam początek i przeczyta artykuł jeszcze raz, ale tym razem od A do Z.

Na takim artykule czytelnikowi łatwiej się skupić niż nad jedną wielką ścianą tekstu. Zauważ, że ten artykuł również podzielony jest na odpowiednie sekcje, a w nich również zagnieżdżone są listy. W zasadzie pierwsza część spokojnie mogłaby być osobnym artykułem zatytułowanym:

„12 powodów, dla których powinieneś pisać długie artykuły.”

Wpis techniczny – osobiście uważam, że znacznie lepiej w tej roli sprawdza się video, ale to tylko moje zdanie. Wpis techniczny zazwyczaj zawiera dużo zdjęć i screenów, ponieważ jego zasadniczym celem jest pokazanie, jak wykonać jakieś zadanie krok po kroku. No bo jak wytłumaczyć komuś jak zrobić słonia z origami nie pokazując zdjęć? Pewnie by się dało, ale byłoby to niezłe wyzwanie.

Kilka przykładów:

Jak zrobić retusz skóry w Photoshopie?

Jak narysować orka?

Jak zrobić słonia z origami?

FAQ – skrót pochodzi od „Frequently Asked Questions” i oznacza ni mniej ni więcej jak „najczęściej zadawane pytania”.

Tego typu wpisu nie umieścisz jeśli dopiero zaczynasz swoją przygodę z blogowaniem z bardzo prostego powodu – nie dostajesz jeszcze pytań, a nawet jeśli to nie jest ich taka ilość, żeby wybrać te, które są najczęściej zadawane.

Dla mnie pytania od czytelników, które wpływają na maila, przez Facebooka, albo padają na webinarach są bardzo cennym źródłem informacji.

Jeśli pytanie jest naprawdę dobre i czuję, że z daną kwestią może mieć problem większa ilość osób, to odpisuję, że odpowiem na dane pytanie za pomocą artykułu. Wtedy pomogę nie tylko tej konkretnej osobie, ale także wielu innym, które być może borykają się z podobnym problemem.

Tak właśnie powstały wpisy: „Jak znaleźć pracę bez doświadczenia?” oraz „Jak się ogarnąć w życiu?”.

Umówmy się, moja doba ma cały czas 24 godziny i na maile na pewno nie odpowiedziałbym tak obszernie jak zrobiłem to w artykułach. Dla mnie pytanie było świetną inspiracją do napisania artykułu, a te osoby, które zaproponowały temat, po wsze czasy mogą chwalić się, że to właśnie dzięki nim powstał wpis na moim blogu 😀

Case Study – zastanawiałem się czy nie połączyć tego razem z wpisem technicznym, ale ostatecznie zdecydowałem się na rozdzielenie obu form, choć w wielu aspektach są bardzo podobne.

Zobrazujemy to przykładem.

Wpis techniczny może pokazywać jak ustawić reklamę na Facebooku. Jak wstawić obraz, jaki powinien być nagłówek, jak sprawdzić czy tekst, który masz na ilustracji nie zajmuje więcej niż 20% miejsca (jeśli jest więcej to Facebook nie przepuści takiej reklamy), jakim budżetem operować na początek, na jakie wskaźniki zwracać uwagę, jak wybrać grupę docelową itd.

Natomiast case study też to wszystko pokaże, ale na przykładzie konkretnej kampanii. Powiedzmy, że promujesz kurs o efektywnej nauce. Pokażesz wtedy, że zrobiłeś 5 wersji reklamy i która działała najlepiej. Pokażesz, jaką grupę odbiorców wybrałeś i dlaczego właśnie taką. Następnie pokazujesz wszystkie ustawienia, czas kampanii, budżet itd. na tym w zasadzie skończyłby się wpis techniczny, ale w case study idziesz dalej i pokazujesz:

  • Na jaką stroną trafiały osoby, które kliknęły w reklamę?
  • Jeśli miały zapisać się na listę mailingową, to jaki procent z tych, którzy odwiedzili stronę wykonał zadanie?
  • Następnie pokazujesz jakie materiały były do nich wysyłane i w jakiej sekwencji.
  • Kolejny krok, to coś, na co wszyscy czytający taki wpis czekają najbardziej, czyli… wyniki.
  • Omawiasz jaka była cena produktu i ile osób kupiło dany kurs.
  • Następnie należałoby zestawić wszystkie cyfry, czyli np. „włożyłem 5000 zł, a zarobiłem 6700 zł. Jednak prowizja systemu obsługującego płatności wynosi X zł, podatek Y zł, więc na czysto zostało mi 6200 zł”.
  • Wynik należałoby też wyjaśnić, bo wszystko zależy czy celem był zysk, czy np. produkt miał jedynie pokryć koszt budowy społeczności czytelników, a zarabiać będziesz dopiero na kolejnych produktach.
  • Opcjonalnie można także opisać, jakie błędy zostały popełnione, czego nie wzięto pod uwagę i jaki to miało skutek. No i oczywiście warto pokazać drugą stronę medalu, czyli wszystko to, co poszło doskonale.

Ludzie lubią takie artykuły, bo one pięknie pokazują jak to wszystko wygląda od zaplecza, i ile pracy kosztowało Cię całe przedsięwzięcie. Ponadto pokazują, że znasz się na rzeczy i warto Ci zaufać.

Agregacja – jest wiele tematów, które niby wszędzie są opisane i łatwe do znalezienia, ale jak potrzebujesz czegoś naprawdę na poziomie, to jest tak słabo, że znalezienie igły w stogu siana staje się zadaniem na rozgrzewkę.

Zadanie wydaje się niby łatwe: przeszukaj sieć, znajdź wszystko na dany temat i zbierz do kupy najlepsze informacje. Coś w tym skomplikowanego? Absolutnie nie i jeśli prowadzisz lub zamierzasz prowadzić blog skupiony wokół konkretnej tematyki, to w Polsce jest naprawdę jeszcze duże pole do popisu, bo mało jest artykułów, które rozbijają dany temat wręcz na atomy.

Jak już wcześniej wspomniałem, nie obawiaj się, że jak jakiś temat jest już gdzieś opisany, to nie ma sensu go poruszać. Opisz go dokładniej, dodaj własne przykłady, ugryź sprawę z nieco innej strony. Poza tym to nie działa tak, że jak ktoś przeczyta jeden artykuł na dany temat, to nie przeczyta już nic innego.

Kiedyś na szkoleniu zadałem pytanie: „Kto z was przeczytał jakąkolwiek książkę o rozwoju osobistym, motywacji, wyznaczaniu celów?” Z wszystkich obecnych na sali tylko jedna osoba nie podniosła ręki do góry. Zadałem kolejne pytanie: „A kto z was przeczytał więcej niż jedną taką książkę?

Znów las rąk.

Pytałem dalej: „Skoro przeczytaliście jedną, która dawała konkretne wskazówki, to po co sięgaliście po kolejne?

Odpowiedzi były różnie ujęte, ale wszystkie sprowadzały się do tego samego: żeby zgłębić temat.

Zatem śmiało możemy założyć, że jak ktoś zaczyna się interesować np. rozwojem osobistym, biznesem, marketingiem, blogowaniem, uwodzeniem, sprzedażą, perswazją, to czyta na ten temat wszystko, co mu wpadnie w ręce.

Tak samo robią kobiety, gdy zachodzą w ciążę i faceci, którzy postanawiają coś zrobić ze swoim ciałem i wchodzą w świat kulturystyki. Po miesiącu taki gagatek będzie patrzył na Twój talerz i powie Ci ile tam masz białka, węglowodanów i tłuszczy. Powie Ci kiedy i jak najlepiej ćwiczyć, co to jest katabolizm, ginekomastia i dlaczego kreatyna w proszku jest lepsza niż ta w tabletkach.

Podsumowując: Twoim zadaniem jest przygotowanie takich treści, żeby osoby, do których je kierujesz już dalej nie musiały szukać.

Kolejna cześć za nami. Jeśli jeszcze to czytasz to wróżę Ci sukces tak wielki, że Paolo Coehlo będzie marzył o przybiciu z Tobą piątki. Jeszcze trochę czytania zostało, ale pamiętaj, że kocham Cię prawie tak mocno jak własną żonę i wierzę, że wytrwasz ze mną jeszcze kilkanaście minut.

Gotowy? To jedziemy dalej.

Najważniejsze komponenty artykułu filarowego

Artykuł filarowy, to dość specyficzny twór, ale poniższa struktura może Ci się przydać, jeśli myślisz o pisaniu takich treści.

Komponenty, które wymieniam poniżej dobrze mieć w swoim artykule filarowym. Czy wszystkie muszą się zawsze w nim znaleźć? Absolutnie nie. Nie ma uniwersalnego przepisu na dobry artykuł. Dzielę się tylko swoimi doświadczeniami i chciałbym, żebyś cały czas miał na uwadze to, że jak coś zadziałało u mnie, to niekoniecznie zadziała u Ciebie.

O czym warto pamiętać:

Nagłówek – Wiem, że teraz pewnie myślisz: „No brawo Holmsie! Ah tak, nagłówek. No dobrze, że mi przypomniałeś bo nigdy nie dawałem nagłówków, wiesz?

Jasne, że każdy w ten czy inny sposób tytułuje swoje wpisy, ale niestety wiele osób nie przykłada do tego należytej uwagi. Praktycznie zawsze zanim zatytułuje jakikolwiek swój wpis robię co najmniej 10 różnych wersji nagłówka, i dopiero wtedy wybieram najlepszy. Zdarzało mi się, że nad nagłówkiem i wyborem zdjęcia będącego miniaturką wpisu siedziałem dłużej niż nad samym artykułem.

Nagłówek to niby kilka słów, ale to od niego w dużej mierze zależy czy czytelnik otworzy tekst i przeczyta pierwsze akapity. Jak dasz słaby nagłówek, to nie klikną w niego nawet Twoi najwierniejsi czytelnicy.

O nagłówkach powstanie osobny artykuł, bo to naprawdę ważny temat, ale już co nie co o tym wspominałem w drugiej części artykułu „Jak promować blog?”, więc nie będę się tu powtarzał.

Opis problemu – W pierwszym akapicie musisz dowalić z grubej rury. Piszesz o tym jak być bardziej pewnym siebie? Przypomnij w pierwszych słowach jak taki brak pewności siebie cholernie przeszkadza w życiu. Napisz także jak wyśmienite korzyści odniesie czytelnik jak już wreszcie ten problem zostanie rozwiązany!

Jak ten akapit będzie mocny i wywoła odpowiednie emocje, to skłonisz czytelnika do tego, żeby zechciał czytać dalej.

Jak rozwiązać problem – postaraj się opisać wszystko krok po kroku tak dokładnie jak się da. Niech za wzór posłużą Ci wszelkie przepisy kulinarne. Zobacz, jeśli chodzi o gotowanie, to tak jak ja możesz być kompletnym gamoniem, ale jak wszystko zrobisz zgodnie z przepisem, to efekt powinien być zadowalający.

Dlatego ważne jest nie tylko to, co trzeba zrobić, ale także w jakiej kolejności i na jakie etapy trzeba zwrócić szczególną uwagę.

Aby uprościć czytelnikowi osiągnięcie celu dodawaj screeny, tabele, schematy, materiały video, animacje i wszelkie inne materiały, które pomogą lepiej zrozumieć temat.

Dodatkowe materiały – aby wzbogacić swój materiał możesz dodać listę kontrolną, którą można wydrukować. Możesz zrobić graficzny plan działania, albo uzupełnić artykuł o linki do treści, dzięki którym czytelnik jeszcze bardziej pogłębi temat.

Warto także pomyśleć na jakim etapie te dodatkowe materiały pokazać, bo końcówka artykułu nie zawsze jest dobrym pomysłem.

Wyobraź sobie, że przerabiasz jakiś tutorial do Photoshopa. Czytasz, oglądasz, chcesz to samo zrobić u siebie, ale okazuje się, że wasz Photoshop nieco się różni, bo osoba pokazująca tutorial np. ma zakupioną dodatkową bibliotekę styli, pędzli i czcionek. Choćbyś robił wszystko jak trzeba, to nie uzyskasz pożądanego efektu, bo Twoje zasoby są uboższe.

W takim przypadku trzeba by podać już na początku jakie to style, pędzle i czcionki, oraz gdzie można je pobrać. To wydaje się logiczne, bo przecież każdy przepis kulinarny również na początku zawiera listę składników.

Historie – jeżeli tylko możesz wpleść w swój artykuł historie, rób to. Nie przejmuj się, że ktoś zarzuci Ci wodolejstwo. Jak mu się nie podoba, to niech łaskawie uda się w prawy górny róg przeglądarki i kliknie [X].

Historie są wciągające i łatwo się je zapamiętuje. Jeśli podam Ci tylko suchą informację jak coś zastosowałem, to szybko wyleci Ci to z głowy. Jednak jeśli opowiem historię, w której będzie zawarte jak ja wykonywałem tą czynność i ty zaczniesz sobie to wyobrażać, to zapamiętasz to znacznie dłużej.

Co do historii, to nie musisz robić rozwlekłego opowiadania. Nie masz przecież na nazwisko Brown, Coben, ani Grisham. Czasami to może być krótka wstawka, dosłownie jedno czy dwa zdania.

W punkcie o nagłówkach wspomniałem, że czasami napiszę 10 nagłówków i dopiero wybieram ten właściwy. Wspomniałem także, że zdarzało mi się nad nagłówkiem i doborem odpowiedniego zdjęcia siedzieć dłużej niż nad napisaniem artykułu.

Mam przeczucie, że te dwie rzeczy zwróciły Twoją uwagę. Być może nawet zacząłeś sobie mnie wyobrażać jak siedzę przy biurku i piszę nagłówki, po czym mielę kartkę i rzucam za siebie. Może nawet wyobraziłeś sobie, że na ziemi takich pomiętych kartek leży już kilkanaście. Nawet jeśli tamte zdania nie wywołały takich obrazów, to z pewnością powyższe zdania już to uczyniły, prawda?

W historiach opisuj swoje przykłady, własne doświadczenia, sukcesy, plany i porażki. Ludzie uwielbiają czytać takie rzeczy. Nie bez powodu w ostatnim czasie na blogu ogromną popularnością cieszą się te dwa artykuły (klik 1, klik 2).

Opisałem w nich swoją historię, pokazałem z czym musiałem się zmierzyć, co udało się zrealizować i jakie popełniłem błędy. Obawiałem się trochę takiego uzewnętrznienia, ale z perspektywy czasu wiem, że to pomogło mi wzmocnić z wami relację.

Organizacja – przy długich tekstach jest to arcyważna sprawa. Artykuł musi, no po prostu musi zawierać podtytuły, punkty, numerację, pogrubienia i częste akapity.

W szkole uczyli nas, że nowy akapit, to nowa myśl, ale w internecie to się kompletnie nie sprawdza. W moich tekstach co 3-5 linii tekstu robię przerwę bez względu na to, czy to jest kontynuacja tej samej myśli czy już nowy wątek.

Dlaczego? Bo taki tekst po prostu łatwo się czyta, a przecież w moim interesie jest to, żebyś zechciał przeczytać tekst do samego końca.

Skoro już tyle czasu spędziłem nad tym, żeby go napisać, to nie mogę tego schrzanić tym, że będzie opublikowany w paskudny sposób. To tak, jakbyś chciał podać najdroższe wino świata w brudnej musztardówce.

Tyle jeśli chodzi o komponenty. Teraz trzymaj się mocno krzesła, bo przejdziemy do sprawy, która wielu blogerom spędza sen z powiek.

Skąd brać pomysły na wpisy?

Na początku wszystko idzie jak po maśle. Masz tysiące pomysłów na kolejne artykuły, ale po jakimś czasie część z nich nie nadaje się na publikację. Co miałeś napisać, to już napisałeś. Co w takiej sytuacji? Oto lista, do której sięgam, gdy nadchodzi kryzys.

Zrób ankietę  – raz na jakiś czas proszę czytelników o to, żeby odpowiedzieli w komentarzach na pytania:

O problem:

Jaki jest Twój największy problem z…? Z czym sobie nie radzisz? Co ci spędza sen z powiek?

Przykłady:

Jaki jest Twój największy problem w rozwoju osobistym?

Jaki jest Twój największy problem w biznesie?

O marzenia:

Co chciałbyś osiągnąć w X?
Jakie są Twoje 2-3 największe marzenia?
Co chciałbyś zrealizować w X przez najbliższe 12 miesięcy?

Przykład:

Jakiej wysokości przychody chciałbyś osiągać ze swojej działalności w ciągu najbliższych 12 miesięcy?

O rozwiązania:

Czego już próbowałeś, żeby rozwiązać swoje problemy?

Na podstawie odpowiedzi można przygotować tematy na co najmniej kilka miesięcy do przodu. Nawet jeśli w odpowiedziach padają problemy, które leżą poza zakresem Twoich kompetencji, to albo się douczysz z danego tematu, albo możesz przeprowadzić wywiad z kimś, kto ten konkretny problem znakomicie rozwiązał.

Największe problemy początkujących – zrób listę tematów, z którymi praktycznie będzie się musiał zmierzyć każdy, kto wchodzi w dany temat.

Przykładowo kiedy rodzi się dzidziuś, to rodziców czekają takie przygody jak: przygotowanie wyprawki (ciuszki, kosmetyki, wózek), przebieranie,  kolki, ząbkowanie, karmienie i milion innych rzeczy. Tego po prostu nie da się przeskoczyć 😀

Na rynek cały czas wchodzą nowe osoby i są pewne problemy, które będą wiecznie żywe. W zasadzie gdyby nie moja potrzeba eksperymentowania, to mógłbym cały czas wałkować tematy motywacji, walki z lenistwem, słomianym zapałem itp, ale wiem, że to doprowadziłoby do tego, że zacząłbym zjadać własny ogon. Stąd decyzja o poszerzeniu tematyki i stopniowym zmienianiu kierunku.

Zauważ, że taki Tony Robbins ma swoje flagowe szkolenie „Unleash The Power Within” i robi je kilka razy do roku, w różnych częściach świata już od 20 lat i z tego co wiem, forma tego seminarium naprawdę nie zmieniła się zbyt wiele.

Zatem z jakimi problemami zetkną się osoby, które są totalnie zielone w temacie? Pomyśl nad tym, z czym Tobie się przyszło mierzyć, a jak skończą Ci się pomysły to…

Sprawdź fora branżowe – dzisiaj fora chyba trochę przemijają i aktywność jest na nich mniejsza, ale nadal jest wiele takich, które mają się naprawdę świetnie. Prym wiodą fora związane z samochodami, elektroniką, fotografią. Skupiają prawdziwych pasjonatów, którzy organizują zloty, szyją ubrania i gadżety.

Jednak nawet jeśli jakieś forum dzisiaj ledwo zipie, ale nadal jest dostępne w sieci, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby korzystać z jego zasobów.

Minusem forumowych dyskusji jest to, że ktoś zadaje pytanie i dostaje dziesiątki odpowiedzi. Często jeszcze po drodze rodzi się dyskusja, która odbiega od tematu i ciągnie się kilometrami.

Po prostu brakuje, żeby ktoś to wszystko zebrał do kupy i uporządkował. No i tu możesz się wykazać zbierając najbardziej palące pytania i przygotowując do nich takie odpowiedzi, które powodują wytrzeszcz oczu.

Maile  – już wcześniej o tym wspomniałem, zatem krótko: jeśli dostaniesz dobre pytanie, to zamiast odpowiadać na nie drogą mailową odpowiedz na łamach bloga.

Mapa wyzwań – każda branża ma wiele składowych. Jeśli piszesz na określony temat, to zrób coś takiego jak „mapę wyzwań”. To świetne ćwiczenie, którego wykonanie na pewno dostarczy Ci wielu pomysłów na wpisy. Część zapisanych tematów być może już jest na Twoim blogu, ale założę się, że będą one w mniejszości.

Poniżej zamieszczam przykład dotyczący blogowania.

artykuł filarowy - blog mapa myśli

Kliknij, aby powiększyć

Pod „blog” możesz podstawić: moda, dziecko, programowanie, marketing, nieruchomości, firma czy cokolwiek chcesz. Następnie rozbij temat na elementy składowe. Chodzi o to, żeby mieć punkt zaczepienia. Zauważ, że na mojej mapie „produktywność” jest zapisana jako jedno hasło, a napisałem o tym dwie książki, także każdy z tych tematów można niesamowicie dokładnie omówić.

To co widzisz na załączonym obrazku, to zaledwie wycinek mapy, którą stworzyłem dla siebie. Jeżeli jakiś temat jest realizowany zaznaczam jako wykonany. Jeśli będę chciał opisać wszystko co wypisałem w zagadnieniach, to sądzę, że mam co robić przez najbliższe 2-3 lata, a po drodze zapewne pojawią się zupełnie nowe pomysły i mapa cały czas będzie się rozrastała.

Reaktywacja starych artykułów – jeśli prowadzisz bloga co najmniej dwa lata, to przejrzyj archiwum i sprawdź początki swojej twórczości. Być może są tam zakopane prawdziwe perełki, ale jeśli ich nie wypromujesz, to przeczyta je zaledwie garstka osób.

Ilu czytelników mogłeś pozyskać w pierwszych miesiącach blogowania? Kilkuset, może kilka tysięcy. Teraz prawdopodobnie Twoje publiczność jest znacznie większa, więc weź ten artykuł na warsztat, rozwiń go, wzbogać o kolejne punkty i ponownie zadbaj o jego promocję.

Z tego co obserwuję reaktywacja starych artykułów odbywa się w dwojaki sposób:

Pierwszy z nich, to rozwinięcie i poprawa pierwotnego artykułu i ponowna publikacja.

Inne rozwiązanie, to edycja pierwotnego artykułu. Nie publikujesz go na nowo, tylko robisz mały lifting w treści i stylistyce.

Ta opcja wydaje się lepsza jeśli pod artykułem pojawiły się jakieś komentarze, lajki i udostępnienia.

Masz już gotowy tzw. „social proof”, a to sprawia, że kolejni czytelnicy chętniej włączają się w dyskusję. Jeśli widzą, że wpis ma już np. 75 lajków, to sami też będą bardziej skłonni dołożyć swoją „łapkę” niż wtedy, gdyby miał tych lajków zaledwie dwa.

Jednak możesz mieć niesamowicie lekkie pióro, porywające metafory, porównania i generalnie żonglujesz literkami niczym rasowi politycy obietnicami przed zbliżającą się kampanią, ale co z tego jak nikt go nie znajdzie?

To trochę tak, jakbyś stał schowany w cieniu i mrugał do pięknej niewiasty z nadzieją na to, że być może ona zwróci na Ciebie uwagę. Nie zwróci. Musisz się jej pokazać. Teksty też musisz pokazać, zatem porozmawiajmy o marketingu.

Jak promować swoje teksty?

Jeśli chodzi o promocję, to kiedyś wystarczyło po prostu robić dobrą robotę, i to wystarczyło. Dzisiaj mamy taki natłok informacji, że aby znaleźć coś naprawdę wartościowego trzeba przekopać się przez tony badziewia.

Wierzenie w zasadę: „jak coś  jest dobre, to sprzeda się samo” to myślenie życzeniowe, a nawet rzekłbym naiwność.

Jest mnóstwo świetnych artystów, o których nikt nie słyszał. Z drugiej strony mamy miernych muzyków, z banalnymi tekstami, ale posiadających miliony fanów.

Ktoś może powiedzieć, że to niesprawiedliwe, że jakiś dzieciak wybije się na Youtube, i z dnia na dzień jest gwiazdą, a człowiek, który kończył szkołę muzyczną i ćwiczył swoje umiejętności latami gra po weselach.

Zgodzę się z tym, to nie jest sprawiedliwe, ale z drugiej strony czy można mieć pretensje do tego dzieciaka, że wrzucił swoją twórczość na Youtube i pokochał go cały świat?

Życie nie jest sprawiedliwe i można się na to obrażać, albo zdobyć dodatkowe umiejętności pozwalające działać i żyć godnie w takich a nie innych warunkach.

Promocja świetnych tekstów może się odbywać wewnętrznie (w ramach bloga), oraz zewnętrznie.

Promocja wewnętrzna to:

Sekcja „Najlepsze artykuły” – nie łudź się, że każdy, kto na Ciebie trafi przeczyta wszystkie Twoje teksty. Takie jednostki oczywiście się znajdą, ale… no właśnie – to będą jednostki.

Stwórz zatem w panelu bocznym sekcję „najlepsze artykuły”. Taka lista będzie widoczna przy każdym artykule, co znacznie zwiększa szansę, że jak ktoś wejdzie na Twój blog, to zostanie na nim nieco dłużej.

Strona główna – jeśli chodzi o blogi, to ludzie zazwyczaj wchodzą do konkretnego artykułu. Jednak jeśli już wejdą na główną, to podaj im na tacy teksty, które chcesz, aby przeczytali.

Na mojej stronie głównej jest sekcja „perełki” zawierająca 3 wpisy, które chciałbym, aby przeczytał każdy, kto na nią trafi. Są to teksty, w których można mnie poznać nieco lepiej, gdyż zawierają także osobiste historie.

Linkowanie – posiadasz na blogu świetny artykuł? Linkuj do niego zawsze, gdy jest taka sposobność np. wtedy, gdy piszesz na podobny temat. Zresztą możesz raz na jakiś czas celowo dodać akapit, w którym będzie zawarty link do innego artykułu. Ważne byś robił to delikatnie, z wyczuciem i raz na jakiś czas. To ma być naturalne (a przynajmniej na takie powinno wyglądać).

„O autorze” – praktycznie każdy blog ma gdzieś w menu sekcję „o autorze”, albo „o mnie”, albo „kim jestem”. Myślę, że tam też śmiało możesz dodać akapit, że napisałeś kilkadziesiąt / kilkaset artykułów na tematy ABC, ale subiektywnie uważasz, że najlepsze teksty to…i lecisz z listą. Albo możesz wskazać, że najlepsze teksty na blogu znajdziesz w panelu po prawej stronie.

Promocja zewnętrzna to:

Facebook – nawet jeśli nie masz fanpage, to linkuj do swoich artykułów na profilu osobistym. Zawsze ktoś tam zajrzy, przeczyta, być może da lajka i udostępnij dalej. Prowadzenie bloga, to żaden wstyd – to zaszczyt.

Facebook cały czas coś zmienia w sposobie promowania treści, ale rzeczywiście jest coś w tym, że im większy szum powstanie zaraz po publikacji notatki, tym większy będzie jej zasięg.

Dlatego poproś znajomych i rodzinę, żeby pomogli Ci konkretnego dnia. Roześlij do nich prywatne wiadomości, wyślij maile, zadzwoń i powiedz, że w najbliższy wtorek o 9:00 opublikujesz notatkę do artykułu na blogu. Poproś, żeby byli w tym czasie przy komputerze. Niech dadzą lajka, napiszą komentarz i udostępnią status. Im więcej osób to zrobi, tym szerszy zasięg notatki, ale pamiętaj bez ciśnienia, wywierania presji, błagania. Miej godność! Jak ich zaczniesz atakować, to wkrótce przestaną się do Ciebie odzywać, więc z tego korzystaj bardzo, ale to bardzo rzadko.

Jeśli masz fanpage, to warto informację o notatce wrzucić dwukrotnie np. w środę rano, a następnie w czwartkowy wieczór. Część osób zobaczy to powiadomienie dwukrotnie, ale będzie też spora grupa takich, którzy zobaczą tylko środowe, lub tylko czwartkowe powiadomienie.

Dodatkowo możesz wykorzystać, że Facebook promuje teraz materiały video, więc możesz nagrać krótki materiał, w którym dziękujesz za lajki i komentarze i „jak ktoś przeoczył i nie wie o co chodzi, to zapraszam na adres podany w opisie do tego nagrania” 😉

Poza tymi opcjami są jeszcze możliwości płatne, ale tym tematem zajmiemy się innym razem.

Inne formaty – dla Ciebie jedyną słuszną przeglądarką jest Google prawda? Dla mnie też. Czy wiesz jaka jest druga najpopularniejsza wyszukiwarka na świcie? Nie, to nie jest Yahoo. Bing też nie. Otóż drugie miejsce należy do Youtube.

„Ale jak to youtube? Przecież tam są nagrania!”

Też byłem zaskoczony, ale ostatnio rozmawiałem ze znajomym i powiedział mi, że jak jego synowie potrzebują coś zrobić, to od razu szukają jak to zrobić właśnie w Youtube.

Sam mam całkiem sporo nagrań na YT i są one całkiem nieźle wypozycjonowane także w Google. Z video nieco łatwiej się przebić, bo generalnie ludzie nie czują się zbyt dobrze przed kamerą.

Na całe szczęście, żeby nagrać video wcale nie musisz występować przed kamerą. Możesz nagrać tzw. screencast. Zobacz, moje nagrania choć zrealizowane dawno, dawno temu, jak jeszcze całe moje biuro mieściło się przy kuchennym stole trzymają się całkiem nieźle po dziś dzień:

artykuł filarowy jak uczyć się historii

artykuł filarowy - wczesne wstawanie

wczesne wstawanie

artykuł filarowy - top 3

Tu całe TOP 3 należy do mnie 😉

 

Jeżeli jednak czujesz, że video to nie Twoja bajka, to spróbuj sił z podcastami, choć w Polsce nie są jeszcze one aż tak popularne jak na zachodzie.

Call To Action – w Polskiej blogosferze przez długie lata panowało przekonanie, że bloger powinien mieć swój honor i proszenie o lajka, czy shera porównywano do żebrania.

Całe szczęście ogromną część wiedzy na temat blogowania czerpałem od Amerykanów i oni takich problemów nie mają. Dlatego jak masz dobry artykuły czy nagrania video, to użyj na końcu czegoś takiego jak „zawołanie do akcji”. Po prostu powiedz czytelnikom / widzom co chciałbyś, aby zrobili po przeczytaniu artykułu.

Jeżeli chcesz, żeby zapisali się na newsletter napisz im to wprost. Chcesz, żeby dali lajka napisz im to wprost. Chcesz, żeby udostępnili wpis, to poproś o to.

Czy naprawdę coś złego jest w tym, że Tobie jako autorowi zależy na tym, żeby dotrzeć ze swoim przekazem do tak szerokiego grona, jak to tylko możliwe?

Oczywiście pamiętaj o tym, że wcześniej musisz im zaserwować naprawdę coś dobrego. Czytelnicy kiedy kończą czytać artykuł, czy widzowie, którzy kończą oglądać video muszą czuć się wzbogaceni, i na to nie ma żadnych sztuczek, ani metod. Po prostu musisz robić dobrą robotę i jak będą przekonani, że czytając Twój artykuł ich życie się polepszyło, to chętniej się odwdzięczą.

„Przecież mam te guziki do lajkowania, to po co prosić?”

A no po to, żeby było tych wszystkich cyferek więcej. Normalnie możesz notować np. 10-15 udostępnień wpisu, a jak na końcu artykułu poprosisz o udostępnienie, to ta liczba może wzrosnąć nawet pięciokrotnie 🙂

Dlaczego tak mało osób to robi?

Nie wiem, choć przypuszczam, że jednym z istotniejszych powodów jest ilość włożonej w takie artykuły pracy. Trzeba trochę poszperać, sprawdzić badania i zweryfikować zebrane informacje.

Następnie trzeba to wszystko opisać prostym językiem i tak poukładać treści, żeby wszystko trzymało się kupy. To wszystko trwa i jest znacznie trudniejsze niż przejrzenie z samego rana portali, by sprawdzić o czym dzisiaj trąbią media i dołożenie swoich kilku groszy.

Jak powstają moje artykuły.

Narzędzi jest od groma. Edytory takie, śmakie i owakie, narzędzia graficzne, wtyczki blokujące dostęp do stron social media itd. Z ogromnej większości osobiście w ogóle nie korzystam. Dla mnie im mniej zabawek, tym lepiej.

Poniżej przedstawiam jak powstają niektóre filarowe artykuły mojego autorstwa.

Krok 1: Przeczesuję Google i Youtube w poszukiwaniu materiałów na dany temat. 99% przeglądanych przeze mnie materiałów jest w języku angielskim.

Sprawdzam blogi, nagrania, materiały pdf, sięgam po książki, kursy i prasę branżową.

Krok 2: Zapisuję wartościowe linki w Google Drive lub Everynote.

Krok 3: Przerabiam wszystko i robię z tego mapę myśli w programie MindJet. Można też wykorzystać Mindomo (aplikacja online), xMind, albo FreeMind.

Krok 4: Kiedy mapa myśli jest już kompletna biorę się za porządkowanie treści. Układam poszczególne elementy w taki sposób, żeby stanowiły szkielet artykułu. Tu następuje także brutalna selekcja i część zebranych informacji po prostu usuwam.

Krok 5: Odłączam internet. Kiedyś stosowałem różne wtyczki blokujące np. dostęp do Facebooka, Disqusa itd. ale zdarzały się takie sytuacje, że chciałem coś na szybko sprawdzić czy zweryfikować.

Włączałem przeglądarkę i co prawda nie mogłem wejść na Facebooka, ale np. zerknąłem na Google News, albo Gazeta.pl, żeby sprawdzić co się w świecie dzieje.

Najgorzej było, gdy rano opublikowałem artykuł, albo notatkę na Fanpage. Wtedy strasznie mnie kusiło, żeby wejść i sprawdzić czy są jakieś komentarze. Jak były to czułem się w obowiązku, żeby natychmiast odpisać. No i odpisywałem, a czas uciekał. Nawet jak uruchamiałem wtyczki blokujące na Chromie, to w wchodziłem na FB przez Firefoxa.

Strasznie to głupie, dlatego zmieniłem system i już wiem, że jak rano idzie wpis na blog, albo status na FB, to generalnie planuję sobie takie nieco lżejsze zadania, które mogę sobie co jakiś czas przerwać, żeby skontrolować sytuację.

Natomiast kiedy piszę artykuły, to po prostu wykręcam anteny z karty sieciowej. Jeszcze do niedawna pisałem je na laptopie, z którego była wymontowana sieciówka i służył mi jedynie jako maszyna do pisania.

Krok 6: Kiedy środowisko jest oczyszczone z wszelkich dystraktorów, to w jednym oknie odpalam mapę, a w drugim Worda i zaczynam pisać. Na czas przelewania myśli na „papier” mam wyłączoną korektę, bo jak tylko mi się pojawiało to czerwone, albo zielone podkreślenie, to przerywałem pisanie i robiłem poprawki. To mnie wybijało z rytmu i później znów musiałem się trochę rozkręcić, żeby wpaść w takie urocze, pisarskie flow.

Krok 7: Po zakończeniu pisania przechodzę do edycji tekstu. Włączam korektę i czytam tekst od początku usuwając wszystko co mi nie pasuje, albo jest zbyt oddalone od głównego wątku.

Krok 8: Taki wpis musi sobie spokojnie dojrzeć przez noc czy dwie. W między czasie jeszcze co najmniej raz go czytam, ale tym razem na głos. Wtedy też wyłapuję, że coś brzmi nienaturalnie, oraz że poszczególne zdania są zbyt rozbudowane.

Czytanie na głos niesamowicie się u mnie sprawdza, bo niestety skutkiem ubocznym szybkiego czytania jest to, że łapie się chmurę wyrazów bez zwracania uwagi na literówki.

Krok 9: Przed publikacją tekst czyta jeszcze moja żona. Ona jeszcze wyłapuje i poprawia błędy, które mimo kilkukrotnego czytania tekstu mi umknęły.

Znajomy wspominał mi, że on przepuszcza swoje teksty przez syntezator IVONA. Ona czyta wszystko tak, jak jest napisane, więc od razu usłyszysz, że coś nie gra.

Dotychczas tego nie testowałem, ale całkiem niedawno jeden z czytelników podesłał mi link do wtyczki SpeakIt (wtyczka do Chrome). Jakież to jest genialne narzędzie! Instalujesz wtyczkę, w ustawieniach wybierasz głos „European Polish Female” i ustawiasz prędkość. Później przechodzisz do tekstu, zaznaczasz go, klikasz w głośniczek w prawym górnym rogu i tekst się sam czyta. Ten artykuł także przepuściłem przez SpeakIt i wyłapałem jeszcze kilka błędów.

Krok 10: Powoli zbliżamy się do końca, ale to ta faza publikacji, która często powoduje u mnie zawrót głowy. Chodzi o napisanie dobrego nagłówka i wybór zdjęcia. O nagłówkach już pisałem, więc tylko dodam, że wszystkie zdjęcia kupuję na Depositphotos.

Krok 11: Wrzucam wpis do wordpressowego edytora. Dodaję nagłówki, punkty, linki, zdjęcia, pogrubienia, podkreślenia, tabelki i wszystko inne co jest potrzebne. Klikam „podejrzyj”, sprawdzam jak wygląda wpis i znów edytuję, i podglądam, i edytuję, i podglądam.

Wierzcie mi, czasami w tej fazie mam ochotę potraktować monitor z buta. Nienawidzę tego etapu i chyba będę musiał znaleźć kogoś, kto będzie chciał robić to za mnie.

Krok 12: Wreszcie! No wreszcie wszystko jest jak trzeba i mogę kliknąć „Opublikuj”.

Krok 13: Publikuję zajawkę na Fanpage.

Krok 14: Wysyłam mailing informujący o nowym wpisie. Czasami wysyłam go dopiero następnego dnia, bo napisanie dobrego maila też trwa.

Krok 15: Gwałcę przycisk F5 i odświeżam co chwilę stronę z wpisem. Cieszę się na każdy nowy lajk, czytam i odpisuję na komentarze, prywatne wiadomości i maile.

No właśnie – maile. To jest niesamowite, że jak wysyłam newsletter, to część czytelników po zapoznaniu się z artykułem nie skorzysta z komentarzy, tylko kliknie „odpowiedz” i komentują wpis w odpowiedzi zwrotnej 😀 Już milion razy prosiłem, żeby komentowali pod wpisem, ale niektórzy są niereformowalni.

Ok, napiszę o tym, bo tutaj dotarło może z 10 osób. Otóż zawsze na takie wiadomości zwrotne do newslettera odpisuje osobiście, co wielu czytelników pozytywnie zaskakuje.

Jak widzisz, jeśli idzie o pisanie, to moja lista narzędzi jest niesłychanie uboga. Zadowalam się zestawem złożonym z: Everynote, Google Drive, MindJet i Word.

Podsumowanie

Nie wiem czy tym artykułem przekonałem Cię do tego, żeby postawić na swoim blogu takie filarowe artykuły. Dzięki nim możesz zrobić świetne pierwsze wrażenie, a jeśli będą to treści ponadczasowe, to masz jak w banku, że będą do Ciebie ściągały nowych czytelników latami.

Jak już wiesz Google jest kapryśne i co jakiś czas dokonuje zmian, przez które wiele osób kwiczy. Często są to kombinatorzy, którzy kupują farmy linków, ukrywają słowa kluczowe i robią masę innych sztuczek, więc takim klaps od wujka Googla jak najbardziej im się należy.

Jednak dobry kontent na te wszystkie zmiany jest odporny, a wręcz jestem przekonany, że nawet na tych zmianach zyskuje. Oferując takie treści dajesz ludziom powód do tego, żeby o Tobie pamiętali  i mówili o Tobie innym.

Krótko mówiąc: treści filarowe, to może być najlepsza rzecz, jaką zrobisz dla rozwoju swojego bloga.

Chciałbym, aby wiedza zawarta w tym artykule przełożyła się na wzrost czytelników na Twoim blogu, na wspaniałe współprace i większą sprzedaż własnych produktów.

Jednak jeśli uznasz, że takie blogowanie nie jest dla Ciebie, to nie będę się upierał. Nic na siłę, to przede wszystkim Ty masz się czuć dobrze w tym co robisz.

Jeżeli masz jakieś pytania, sugestie, chcesz dodać coś od siebie, albo połechtać moje ego pisząc, że ten artykuł zmienił Twoje życie, to nie krępuj się 😉 Przecież ten blog to nie tylko ja, moje teksty i nagrania, ale także Wy. Jesteście integralną częścią wszystkiego co robię, więc zapraszam do rozmowy. Jak tylko będę mógł pomóc, to pomogę 🙂

Ściskam, trzymam kciuki i życzę olbrzymich pokładów determinacji!

PS. Chciałbym z tym wpisem dotrzeć do jak największej ilości osób, które zaczęły lub planują zacząć swoją przygodę z blogowaniem. Zatem jeśli udzielasz się ja jakiejś grupie związanej z blogowaniem, lub sam takową prowadzisz, to będę wdzięczny za udostępnienie tego wpisu 😀 Z góry pięknie dziękuję!

Brakuje Ci motywacji do działania? Chcesz poznać konkretne i sprawdzone wskazówki dotyczące produktywności?

Mnóstwo skutecznych wskazówek dotyczących motywacji, produktywności i skupienia znajdziesz w ebooku: „Przestań jęczeń i weź się wreszcie do roboty”, którego udostępniam całkowicie bezpłatnie. Dostępny jest w formatach pdf, mobi, ePub. Jest także w wersji audiobooka, więc jest to idealne rozwiązanie do samochodu, do słuchania podczas biegania czy spaceru.

v2 - Kopia

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale w środku znajdziesz mnóstwo konkretnej i praktycznej wiedzy.

Ebooka pobrało już ponad 54.000 osób! 

Kliknij Tutaj i Pobierz Ebooka

Artykuł filarowy: co to jest, i dlaczego warto je mieć na swoim blogu?
4.5 (89.62%) 104 votes