O gwarantowanej pracy po studiach i szefie zwanym draniem.

szef

Jestem człowiekiem pozytywnie nastawionym do świata, nie oglądam telewizji i rzadko zaglądam na portale informacyjne, ale chcąc nie chcąc docierają do mnie różne wiadomości, które szybko znajdują uznanie i rozgłos. Umowy śmieciowe, kryzys itd. Postanowiłem napisać co o tym myślę.

Zanim zaczniesz czytać dalej muszę Cię ostrzec, że w dalszej części może być coś, co strasznie cię wkurzy. Uprzedzam Cię o tym i sądzę, że to jest uczciwe.

Szczególnie urażeni mogą poczuć się świeżo upieczeni absolwenci oraz osoby pracujące na etacie, czyli ok. 90% wszystkich osób w wieku produktywnym.

Natomiast wpis prawdopodobnie spodoba się przedsiębiorcom i freelancerom, bo to właśnie dyskusja z takimi osobami zainspirowała mnie do napisania tego artykułu.

Chcę poruszyć w tym artykule dwa tematy:

  • studia
  • szef
.

Studia.

Niestety czasy kiedy studia były gwarantem dobrze płatnej pracy odeszły w zapomnienie. W sieci krążą zdjęcia młodych i dobrze wykształconych osób pracujących jako: kelnerzy, śmieciarze, barmani itp.

Jeżeli studiujesz i masz nadzieję na to, że po studiach znajdziesz dobrą pracę, to niestety czeka Cię gorzka pigułka do przełknięcia.

Będziesz miał taką minę jak koleś, który usłyszał od kobiety: “Kocham Cię, jesteś najwspanialszym facetem na świecie”, a za chwilę przyłapał ją jak robi loda jego najlepszemu kumplowi. Wiesz, takie zdziwienie połączone z szokiem i niedowierzaniem. Właśnie o taką minę mi chodzi.

Jakiś czas temu prowadziłem szkolenie dla studentów w Krakowie i kiedy zapytałem ile osób pracuje w górę podniosło się kilka rąk. Kiedy zapytałem kto myśli o własnym biznesie zgłosiła się cała reszta. Kiedy zapytałem co robią w tym kierunku, żeby mieć własną firmę zapadła niepokojąca cisza…

Drogi studencie – przykro mi to mówić, ale dałeś się zrobić w chuja (wiem, powinno być w balona, ale zgodzisz się, że “w balona” nie oddaje sedna sprawy). Uwierzyłeś broszurce, na której było zdjęcie (kupione na iStockPhoto)  z uśmiechniętymi studentami i studentkami.

Uwierzyłeś, że uczelnia ma “wykwalifikowaną kadrę”. Tak, tam nadal uczą Ci sami ludzie co trzydzieści lat temu. Są teoretykami. Mają długą listę tytułów przed nazwiskiem i jeszcze dłuższą listę opublikowanych prac, których często nie czyta nikt poza innymi kolegami po fachu.

Nigdy nie zapomnę jak na zajęcia z Public Relations przyszła pewna pani doktor (to celowo jest napisane z małej, bo z dużej piszę, jak darzę kogoś szacunkiem), która na dzień dobry powiedziała, że PR zna z podręczników. Nigdy nie pracowała w żadnej agencji, więc lepiej żebyśmy nie zadawali pytań.

Sprowadzało się to do tego, żeby nauczyć się tego, co ona podyktowała i zaliczyć egzamin.

Żeby nie było – wiem, że sytuacja powoli się zmienia i czasami można spotkać naprawdę świetnych wykładowców, którzy znają temat od podszewki. Można spotkać pasjonatów, którzy publikują genialne książki i robią świetne badania. Jednak postawmy sprawę jasno – tacy ludzie wolą realizować się w biznesie, a niekoniecznie w uczelnianych murach.

Może śmiałeś się z ludzi, którzy kupują w telezakupach, albo śpią pod sklepem tuż przed dniem otwarcia bo zapowiedziano wielkie promocje. Spójrz prawdzie w oczy – jesteś taki sam. Dałeś się nabić w butelkę bo rzucono Ci kilka ładnych haseł, zdjęć i słupków. I łyknąłeś to jak pelikan rybkę.

Naprawdę jest mi żal ludzi, którzy pokończyli dwa kierunki studiów i nie mogą znaleźć pracy.

Z drugiej strony jestem cholernie wściekły, że płacę podatki na instytucje, które wypuszczają ludzi nieodpowiedzialnych, leniwych i roszczeniowych. Ludzi, którzy mają po 25 lat i więcej, a nadal siedzą u mamusi na garnuszku i nie wiedzą co z sobą począć. Nazywają siebie „oburzonymi”. To przykre i zarazem żałosne.

To, że nie masz pracy po studiach nie jest winą kryzysu. To Twoja wina. Zapewne znasz ludzi, którzy skończyli studia, pracują i całkiem nieźle zarabiają.

Oni zrobili coś, czego Ty nie zrobiłeś. Może już w trakcie studiów dorabiali po godzinach, byli wolontariuszami, kończyli kursy poszerzające kwalifikacje. Ty w tym czasie imprezowałeś, grałeś na komputerze, ale przeglądałeś internet.

Możesz oczywiście poszukać wymówki:

 “Rodzice na mnie naciskali”

 “Ten kierunek był trendy”

“Wszyscy moi znajomi szli na te studia”

Super. W takim razie niech teraz znajomi znajdą Ci pracę.

Podsumowując: Kiedy mówisz “studia miały mi zapewnić pracę”, to próbujesz zrzucić odpowiedzialność na czynniki zewnętrzne. Studia nic nie miały zapewnić. Przyjmij to na klatę bo takich “niespodzianek” czeka Cię więcej.

Jeżeli pomyślałeś: “W takim razie założę własną firmę! Będę szefem i ludzie będą wszystko robić za mnie”. Tu czeka Cię jeszcze większe zdziwienie + rozczarowanie + szok 😉

Świetnie opisał to mój znajomy Piotr Synowiec, którego podziwiam za postawę i dokonania, i któremu z tego miejsca bardzo dziękuję za gigantyczną dawkę inspiracji.

Tyle na temat studiów. Czas się ogarnąć młody człowieku.

.

Szef.

Nie potrafię tego wyjaśnić, ale często jak dostaję maile od czytelników, to zdarza się kilka pod rząd z tym samym problemem (jakaś zmowa czy co?).

Ostatnio takim tematem był szef. Zły, wymagający, niedostępny i nie respektujący praw pracownika szef.

Bywa tak, że szefowie nie tłumaczą swoim pracownikom tego jak działa biznes, za co później w ten czy inny sposób przyjdzie im zapłacić. Zatem Panie i Panowie, szefowe i szefowie, bracia i siostry – pozwólcie, że was wyręczę bo mam dość słuchania jak ludzie na Was narzekają.

Jeżeli prowadzisz firmę, to powinieneś pokazać ten artykuł (a przynajmniej ten fragment) swoim pracownikom. Inaczej będą się obijać, źle o Tobie mówić, kraść spinacze, zszywki i karteczki post-it.

Drogi pracowniku – Twój szef tylko formalnie jest Twoim szefem. Tym prawdziwym szefem, tym “szefem wszystkich szefów” jest Twój klient. Osoba, którą obsługujesz.

Klient zostawia pieniądze w firmie Twojego szefa. Szef robi opłaty, reklamę, łapie kolejne zlecenia i daje wynagrodzenie z tej kasy, którą zostawiają klienci. Zatem dam Ci najszybszą lekcję obsługi klienta na świecie: bądź tak miły dla klienta, jak jesteś dla prezesa, kiedy prosisz o podwyżkę. Kropka.

Jeżeli pracujesz w banku, to pracujesz dla tego Pana, który siada po drugiej stronie i pyta o warunki kredytu. On jest przychodem. Bank na nim zarobi. TY dla banku jesteś kosztem.

Wiem, że to boli, ale on dla banku jest ważniejszy niż Ty, nawet jeśli jest on mały, brzydki i niewykształcony, a Twoja twarz mogłaby reklamować pastę do zębów.

Niestety rynek kieruje się innymi prawami i to kolejny cios, który musisz twardo przyjąć.

To, że klient przychodzi po kredyt sprawia, że bank prosperuje. Twoja pensja składa się z odsetek jakie płacą klienci.

Zatem nie ma znaczenia czy pracujesz w salonie samochodowym, sklepie spożywczym czy agencji reklamowej. Klient może wyrzucić Cię z pracy w bardzo prosty sposób – przestanie korzystać z waszych usług i każdemu kogo zna powie, że firma, w której pracujesz źle obsługuje ludzi. I po herbacie.

Wróćmy do formalnego szefa. Możesz go uważać za durnia, gbura i matoła, ale weź pod uwagę, że to właśnie on miał jaja, żeby założyć biznes i dać Ci miejsce pracy. Tobie tej odwagi zabrakło. Choćby za to należy mu się szacunek.

Szef zaczyna pracę znacznie wcześniej niż Ty i kończy ją znacznie później. Często nie śpi po nocach martwiąc się czy starczy mu na podatki i wypłaty.

Bo wystawienie faktur to jedno, a oczekiwanie miesiąc albo i więcej na pieniądze, to zupełnie inna bajka. Ale przecież Ciebie to nie obchodzi, bo w umowie jest napisane:

– w jakich godzinach pracujesz

– jakie są Twoje obowiązki

– ile szef ma Ci zapłacić.

Masz gdzieś skąd szef weźmie pieniądze. Jest dziesiąty i kasa na koncie ma być!

Teraz spójrzmy na to z drugiej strony. Czy w umowie jest napisane, że szef ma być wyrozumiały, kiedy masz akurat zły dzień? NIE! W umowie masz zapisane obowiązki, które powinny być zrobione bez względu na to jak się czujesz.

Masz zapłacone za czas, który powinieneś przeznaczyć na to, żeby wykonywać swoje obowiązki. Jeżeli w czasie pracy robisz coś innego, albo pracujesz na “pół gwizdka”, to znaczy, że bierzesz pieniądze za coś, czego nie zrobiłeś. Krótko mówiąc okradłeś swoją firmę.

W umowie nie ma słowa o tym, że będzie cały czas świetna atmosfera, że współpracownicy nie będą z Ciebie żartować, ani o tym, że Twoje obowiązki nie będą powodować zmęczenia.

Może ludzie będą z Ciebie zlewać, a Twoja praca będzie tak wymagająca fizycznie i mentalnie, że zaczniesz się pocić. I dobrze! Osobiście uważam, że jak nie czujesz po całym dniu tego zmęczenia, to oznaka, że w pracy się opieprzałeś.

Deal jest prosty: Ty wykonujesz pracę, a szef za to wypłaca wynagrodzenie (z pieniędzy, które przynosi klient – pamiętaj o tym). Masz wygenerować dla firmy przychód, który będzie większy niż koszty Twojego zatrudnienia. Jeżeli nie generujesz dla firmy zysku Twoje stanowisko może zostać, jak to się ładnie mówi “zredukowane”.

Firma nie musi Cię uszczęśliwiać. Firma ma generować zyski. Jak chcesz dostać podwyżkę, to pokaż szefowi, że rozumiesz ten cykl (klient z pieniędzmi – > zostawia pieniądze w firmie – > z tego jest Twoja pensja – > Twoja dobra obsługa – > więcej klientów z pieniędzmi) i pomagaj go udoskonalić.

Jeżeli:

– chcesz mieć wolne, a załatwiasz sobie L4 (bo nie chcesz wybierać urlopu)

– pracujesz poniżej swoich możliwości

– jesteś wredny dla klientów

– udajesz zajętego, podczas gdy tak naprawdę cały czas się obijasz

to pamiętaj, że niszczysz firmę.

Niszczysz system, który opłaca Twoje rachunki, jedzenie i edukację Twoich dzieci. Teraz pomyśl, że inni pracownicy zobaczą, że się opierdalasz (wiem, powinno być “nie pracujesz wydajnie”, ale to znów nie to samo) i też przestaną się starać.

Będzie mniej klientów, mniej pieniędzy, redukcja zatrudnienia, w końcu bankructwo firmy, a  Ty i Twoi leniwi współpracownicy wzbogacicie statystyki o bezrobociu.

Pomóż rozwijać firmę, w której pracujesz. Czytaj książki, podnoś kompetencje na własną rękę, pracuj produktywnie i uśmiechaj się do szefa.

Uffff to tyle! Czuję się zdecydowanie lepiej 🙂

O gwarantowanej pracy po studiach i szefie zwanym draniem.
4.58 (91.69%) 89 votes