Ludzie wolą kopać się prądem niż pozostać sami tylko ze swoimi myślami.

porazenie-pradem

Czymkolwiek jest to, co gwarantuje nam naszą uprzywilejowaną pozycję, mieści się ono w naszych umysłach. Nie jesteśmy przecież najsilniejszymi istotami na Ziemi, nie mamy najostrzejszych kłów czy pazurów, nie biegamy wcale tak szybko, w ciemnościach nie widzimy nic a nic… a mimo to przetrwaliśmy.

Naszą „super-mocą” jest bez wątpienia nasz umysł.

To on zagwarantował nam przeżycie, to on umożliwił rozwój, on pozwolił nam osiedlić się w najdalszych i najbardziej niedostępnych zakamarkach naszej planety, a także pozwala mieć nadzieję, że sięgniemy znacznie dalej.

To nasz umysł jest „ojcem” wszystkich innych wynalazków, pomysłów i idei.

Jednocześnie ciężko pozbyć się wrażenia, że czasem ten sam umysł bywa naszym największym przekleństwem.

Oczywiście nie mówię, że coś z nim jest nie tak. Umysł to narzędzie. Narzędzie, które możemy wykorzystywać do wielu różnych celów. Zupełnie jak nóż, którym możemy posmarować chleb masłem lub dźgnąć osobę stojącą obok. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób go wykorzystamy.

Jednak tutaj pojawia się pewien problem.

Bo o ile nóż jest w zasadzie narzędziem dość prostym i intuicyjnym w obsłudze, tak z pewnością nie możemy powiedzieć tego o umyśle. Jego złożoność przeraża. No i nie nikt nigdy nie dał nam żadnej instrukcji obsługi do tego, co siedzi w głowie każdego z nas.

Spójrzmy na przykład na badania przeprowadzone przez Timothy’ego Wilsona z University of Virginia w 2014 roku.

W dużym skrócie:

Pewnej grupie osób kazano po prostu siedzieć przez 15 minut w pustym pokoju. Mieli nie robić absolutnie nic.
Jednocześnie do ich dyspozycji był przycisk, którego naciśnięcie skutkowało nieprzyjemnym impulsem elektrycznym.
Zgadniecie, jakie zachowanie dominowało w badanej grupie?

Woleli prąd niż odpoczynek

Podpowiedź: jeśli wyobrażacie sobie, że przeciętny człowiek naprawdę był w stanie nacieszyć się 15 minutową medytacją, w trakcie której odpocznie, to… jest to wyobrażenie niemające nic wspólnego z realiami, jakie zaobserwowali badacze.
Ku ich zdziwieniu, praktycznie wszyscy zafundowali sobie przynajmniej jednorazowy, nieprzyjemny i bolesny wstrząs elektryczny.

Rekordzistka zrobiła to 9 razy. Dlaczego? „Bo jej się nudziło”! Serio.

To szokujące, ale prawdziwe. Wolimy kopać się prądem niż się nudzić.

Umysł, ta dziwna rzecz, która skrywa tyle tajemnic, a która została umieszczona w głowie każdego z nas, przyzwyczajona do mnóstwa bodźców, po prostu nie znosi nudy. Domaga się nowych stymulantów. Chce mieć co analizować. Nawet, jeśli tym czymś jest ból, który serwuje sobie na własne życzenie.

Nie uważasz, że to straszne…? Przerażające….? Niebezpieczne….?

Jednak to nic innego, jak odpowiedź na realia, w jakich żyjemy. W dodatku robimy to na własne życzenie.

Żyjemy w tempie, które zabiłoby przeciętnego człowieka jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dostarczamy sobie w dobę więcej bodźców niż nasz praprapradziadek musiał przetworzyć przez całe swoje życie (taką metaforą posługuje się np. prof. Pierre Balthazard z Arizona State University, który w ramach badań skanuje głowy prezesów korporacji, które odniosły rynkowy sukces).

Nie dziwmy się więc, że nasze umysły pchają nas w ekstrema, które na dłuższą metę nie pozostają obojętne dla naszego zdrowia.

Bo wiecie – umysł może i się zaadaptuje do tych warunków i, o ile będziesz mieć to szczęście, że ominie Cię poważniejsza depresja, załamanie nerwowe czy inne „schorzenie cywilizacyjne”, które Cię zwyczajnie sponiewiera (lub gorzej…).

Ale reszta organizmu w końcu odmówi Ci posłuszeństwa.

Lista chorób, do których może doprowadzić nadmierny stres czy brak odpowiedniego wypoczynku jest tak długa, że nawet nie podejmuję próby ich wymienienia.
Dlatego uważam, że mamy obowiązek (!) względem samych siebie (!) i względem naszych najbliższych, by bardziej świadomie podejmować decyzje na temat tego co, kiedy i w jaki sposób robimy. To rzutuje nie tylko na nasze samopoczucie.

Kreuje świat, w którym żyjemy i który niedługo oddamy naszym dzieciom.

Bo w produktywności nie chodzi o to, żeby zapracowywać się na śmierć. Tutaj chodzi o to, by osiągnąć to, czego pragniesz, bez płacenia za to najwyższej ceny.

Napiszę wprost:

Twoje zdrowie czy relacja z bliskimi nie jest warta tego nowego samochodu, którego pragniesz.

Tutaj chodzi o to, żebyś mógł kupić ten samochód (albo dwa, jeśli miałbyś taką fantazję), bez poświęcenia tego, co naprawdę liczy się w życiu. Wiem, że to banał, ale wierzę, że kryję się w tym prawda, o której często zapominamy: miłości naprawdę nie da się kupić.

Post pojawił się w pierwotnej wersji na naszym Fanpage’u: