Kierat – największe wyzwanie w moim życiu

kierat

Prowadzę ten blog już ponad 4 lata, ale takiego tekstu jeszcze na nim nie było. Będzie o walce, determinacji, ludziach, osłabieniu psychicznym i fizycznym.

To nie będzie kolejny artykuł z cyklu „jak…”. To prawdziwa historia, która sprawiła, że patrzę na swoje możliwości w zupełnie innych kategoriach. Jak stwierdził jeden z moich kompanów teraz będziemy liczyć czas na przed Kieratem i po Kieracie. Coś w tym jest.

Czy tam rzeczywiście stało się coś wielkiego? Dla mnie był to ogromny punkt przełomowy. Każdy z nas ma takie chwile gdzie świat staje do góry nogami: to mogą być narodziny dziecka, wypadek, utrata kogoś bliskiego.

To momenty, które powodują, że tracisz grunt pod nogami, a wszystko po to, by wyjść z tego zwycięsko.

Za chwilę dokonam małej retrospekcji, więc zapraszam Cię ze mną na małą wycieczkę po okolicach Limanowej. Będzie wiatr, deszcz, mgła i błoto. Duuużo błota.

Zapomniałbym: do zrobienia mamy ok. 120km. Na nogach. Żadnego spania. Żadnych dłuższych przerw.

Relacja będzie przeplatana nagraniami video.

Jak to się wszystko zaczęło?

Mamy na Facebooku taką grupę, na której umawiamy się na różne biegi, treningi i wyprawy. Pewnego pięknego dnia Michał napisał: „Panowie, a może taki Kierat?”

Po dwóch dniach dowiedziałem się, że chrapkę na ten maraton ma także Andrzej. Stwierdziłem:”Ok, wchodzę w to”. Szybko dokonałem przelewu, żeby mieć jak najmniej powodów do odwrotu. Zaznaczyłem w kalendarzu, że w tych dniach nie robimy żadnego szkolenia. Na majówce, którą spędziliśmy w Chorwacji dołączyły do nas jeszcze cztery osoby.

Zatem ostatecznie ruszyliśmy w trasę w składzie: ja, Michał, Kacper, Mateusz, Andrzej, Tomek i Radek.

Czym w ogóle jest Kierat?

Kierat – bo tak nazywa się impreza, w której brałem udział ma proste zasady. Dostajesz mapę, a na niej 15 punktów kontrolnych, które trzeba zaliczyć w odpowiedniej kolejności. Masz na to 30 godzin. Poza punktami kontrolnymi nic nie jest wyznaczone. Zatem znalezienie drogi od punktu do punktu to już Twój problem. Więcej o samej imprezie znajdziesz na oficjalnej stronie.

Piątek

Z krakowskiego dworca ruszyliśmy o 13:10. W autobusie widzimy ludzi, którzy tak jak my jadą na Kierat. Niektórzy robią go ponownie. Pytamy jak jest, na co uważać, jak iść.

Jeszcze nikt nie wiedział co nas czeka, więc było wesoło. Zobaczcie:

Początkowy plan był taki, żeby zrobić Kierata poniżej 25 godzin. Przecież mamy różne maratony na koncie, to damy radę. Niestety rzeczywistość zweryfikowała nasze zapędy, ale o tym później.

Do Limanowej zajechaliśmy na 15:30 i udaliśmy się do biura zawodów. Tu zaczęły się pierwsze schody. Okazało się, że jeden z naszych nie otrzyma pakietu startowego. Dokonał opłaty na kilka dni przed zawodami i organizatorzy nie zaktualizowali danych.

Problem do rozwiązania banalny – wystarczyło pokazać dowód wpłaty. Niestety Radek nie miał potwierdzenia przelewu, a w biurze zawodów nie było internetu 😀

Cenne minuty uciekają. Pojawiają się nerwy i pretensje. W końcu Radek wnosi opłatę jeszcze raz, a sprawa ma zostać na spokojnie wyjaśniona po powrocie.

Do odprawy została nam niecała godzina, a jeszcze musimy iść do pobliskiej szkoły się przebrać. Wypadało by też coś wrzucić na ruszt, skoro przed nami ponad 100km marszu.

Rozdzielamy się. Jedni jedzą obiad, reszta idzie na kebaba i spotykamy się na odprawie.Po odprawie zdjęcie i idziemy na rynek skąd mamy wyruszyć w trasę.

Wyglądało to tak:

No to w drogę!

Pierwsze kilometry pokonywaliśmy jeszcze w dużej grupie. Spory kawałek szło się asfaltem. Na punkcie kontrolnym podajemy tabliczki, które są dziurawione magicznym dziurkaczem i dalej w trasę. Jeszcze tylko 14 punktów i koniec.

kierat - Limanowa - Relacja

Przy drugiem punkcie ekipa się rozdziela. Jedni idą w prawo, inni w lewo. Po 30 minutach ponownie zeszliśmy się na trasie. Kawałem przez las razem i kolejne rozwidlenie. Znów to samo – jedni w lewo, inni w prawo. Każdy przekonany, że wybrał najlepszą drogę.

Trzeba przyznać, że na pierwszych kilometrach mieliśmy trochę szczęścia i podejmowaliśmy dobre decyzje odnośnie tego, za kim podążać.

Jesteśmy na drugim punkcie. Tu już widać lekkie zmęczenie. Las zaczyna tonąć w gęstej mgle, a to wcale nam nie pomoże. Szybka regeneracja i idziemy dalej. Robi się ciemno, więc odpalamy latarki czołowe. Schodzimy jakimś rowem, na którym jest mnóstwo błota. Raz za razem ktoś zalicza glebę.

Kierat punkt drugi

kierat zmrok ognisko

 

Na początku starałem się omijać błoto i szukać twardego podłoża. Niestety na niewiele się to zdało.

Kiedy wychodzimy z lasu jest już ciemno, a my jeszcze nie dotarliśmy do 3 punktu. Stoimy na skrzyżowaniu w jakieś 20 osób i nagle ktoś stwierdza: „idziemy tędy”. Cała reszta poszła za nim i my także.

Nagle „co ja pacze!” Z naprzeciwka idzie ekipa z latarkami. Idą w naszą stronę. Nie mam pojęcia jak oni szli przez ten las, że wyszli z drugiej strony. W każdym razie, ktoś z tej ekipy mówi, że trzeba się wrócić.

Po chwili słuchać brzęczenie silnika. Ktoś jedzie na kładzie i nie ma opcji – trzeba go zatrzymać. Lokalny mieszkaniec mówi nam dokładnie gdzie trzeba iść.

Docieramy uśmiechnięci do punktu numer 3. Tam uzupełniamy wodę, jemy bułki z kabanosem i ruszamy dalej.

kierat punkt trzeci

Tym razem kilka kilometrów po asfalcie. Żadnych wchodzenia, ani schodzenia. Płaski teren, na którym można odpocząć, a później długa droga przez las. Pojawia się zmęczenie i trzeba bardzo uważać na drogę. Jedna pomyłka może nas kosztować wiele kilometrów do nadrobienia.

Punkt kontrolny ma być rozłożony przy kapliczce. Spotykamy inne drużyny, sprawdzamy odbiegające drogi. Nagle ktoś, kto poleciał pod górę krzyczy: „Chłopaki tu jest szlak!”. Więc wracamy się i idziemy. Idziemy. Idziemy.

Tu po raz pierwszy czuję ból ścięgna pod lewym kolanem. Zaczynam zostawać w tyle, ale co jakiś czas chłopaki zatrzymują się i czekają aż dołączę. Kiedy podejście mamy zaliczone pojawia się kolejny dylemat, którędy iść.

Ktoś mówi, że przed nami szedł facet, który mówił, że wie gdzie jest ta kapliczka i poszedł prosto. No to poszliśmy za nim. Okazało się, że byliśmy jakieś 200 metrów od kapliczki, ale mgła ograniczała widoczność do 5 metrów.

Nie wyobrażam sobie, co musieli czuć ludzie, którzy zamiast iść z nami prosto postanowili jednak skręcić. Mieli punkt kontrolny pod nosem i ta jedna decyzja prawdopodobnie wiele ich kosztowała.

Przy kapliczce czuć chłód. Zimno mi w ręce i mam na sobie mokrą koszulkę. Szybko się przebieram, a stara koszulka ląduje w śmieciach. Niby to nic nie waży, ale na takim dystansie każdy gram ma znaczenie.

Zadowoleni idziemy dalej. Nagle ktoś z ekipy przed nami mówi: „źle idziemy”. Musimy się kawałek wrócić i chwała Bogu, że to naprawdę był kawałek. Szybko wróciliśmy na właściwą drogę. Znowu zejście, znowu błoto. Pojawiają się myśli: „po jaką cholerę ja tu przyjechałem?”

kierat błoto nawrót

Po zaliczeniu 6 punktu robi się źle. Lewa noga boli coraz bardziej. Ból nie pozwala trzymać tempa i co chwilę zostaję w tyle. Zaciskam mocno zęby, a dłonie coraz mocniej zaciskają się na kijkach.

Dochodzimy do asfaltowej drogi, która dla mnie jest zbawieniem. Mogę przyspieszyć i idąc nie czuję bólu. Chryste…co za ulga.

Idziemy drogą i dołączają do nas z innych stron kolejne ekipy. Idziemy, rozmawiamy i zauważamy, że powoli zaczyna świtać. Noc za nami. Jeszcze kilka kilometrów i punkt, na którym mają dawać kawę, herbatę, gorący kubek. Chyba nie przez przypadek ta stacja została umieszczona przy kościele.

Bułka, dwa batony, dwie kawy, zmiana skarpet, uzupełnienie wody i ruszamy dalej w trasę.

Tu zaczyna się piekło

Wyruszamy spod 7 stacji i po naszej lewej stronie widać górę, która przypomina nieco wulkan przed erupcją, ponieważ w okolicach szczytu kłębiła się mgła mogąca w tym obrazku odegrać rolę dymu.

Mówię do Kacpra: „Kacper, czujesz jak byśmy musieli na to wchodzić?”. Kacper spojrzał na mnie i powiedział: „Nie chcę Cię martwić, ale chyba na tej górze jest kolejny punkt”.

Mina mi rzednie. Mam dość, ale idę dalej. Jest źle. Jest bardzo źle. Bardzo strome podejście, wiele poluzowanych kamieni, na których można ujechać, błoto, mżawka i piekielny ból w nodze. Czułem się tak, jakby ktoś otworzył mi kolano, wrzucił do środka dwa rozgrzane węgle i zaszył skórę.

kierat punkt siódmy

kierat punkt siódmy

Z ledwością dotarłem do punktu kontrolnego. Chciałem się poddać, ale wtedy ktoś powiedział: „Bartek, ból jest chwilowy a chwała wieczna. Dasz radę”.

Nie wiem, która była wtedy godzina, ale chyba coś ok 7:00. Myślę sobie: „Metę zamykają o 24:00, więc zwolnię, ale będę walczył do końca.

Andrzej daje sygnał: chłopaki zbieramy się. Uszliśmy może ze sto metrów i stała się rzecz straszna. Przed nami cholernie strome zejście. Do bólu w lewej nodze zaczynam się przyzwyczajać, ale teraz odzywa się także prawa.

Moja ekipa już zeszła i myślałem, że poszli dalej do kolejnego punktu. Każdy krok był walką. W pewnym momencie musiałem zrobić większy krok, by stanąć na korzeniu. Wiedziałem, że zaboli i miałem racje. Kiedy moja prawa noga dotknęła korzenia zrobiło mi się ciemno przed oczami i czułem, że tracę przytomność.

Resztkami sił złapałem się drzewa, przytuliłem je i zacząłem głębiej oddychać. Z oddali słyszę, że ktoś woła „Bartek!”. Próbuję odpowiedzieć, ale nie mam siły.

Schodzę trochę niżej i udaje mi się odpowiedzieć „jestem!”. Sądziłem, że ekipa po upewnieniu się, że żyję pójdzie dalej, więc spokojnie i powoli zacząłem wchodzić po skałach. Jeszcze krok, dwa i jestem na drodze.

Wychodzę, patrzę, a chłopaki na mnie czekają. Szczerze muszę przyznać, że to był moment kiedy łzy cisnęły mi się do oczu. Ktoś mówi: „Stary, przyszliśmy tu razem i razem to ukończymy”.

Z jednej strony fajnie, ale z drugiej wiem, że jestem hamulcowym. Oni mogą iść spokojnie dalej, a przeze mnie tracą czas.

Postanawiam, że gdy następnym razem zostanę w tyle mają iść beze mnie. Taką podjąłem decyzję i prosiłem, żeby to uszanowali. Ruszyliśmy dalej i tym razem czekało na nas zejście po kamieniach.

kierat zejście po kamieniach

Tam wystarczyła chwila nieuwagi, żeby noga wpadła między kamienie i złamanie gotowe. Gdyby ktoś się poślizgnął i spadł, to prawdopodobnie byłoby po nim. Chłopcy poszli przodem.

Do następnego punktu było jeszcze jakieś 3-4 km. Błotnista droga lekko opadała. Widzę Kacpra, który został trochę w tyle. Dzieli nas jakieś 500 metrów.

Brakuje Ci motywacji do działania? Chcesz poznać konkretne i sprawdzone wskazówki dotyczące produktywności?

Mnóstwo skutecznych wskazówek dotyczących motywacji, produktywności i skupienia znajdziesz w ebooku: „Przestań jęczeń i weź się wreszcie do roboty”, którego udostępniam całkowicie bezpłatnie. Dostępny jest w formatach pdf, mobi, ePub. Jest także w wersji audiobooka, więc jest to idealne rozwiązanie do samochodu, do słuchania podczas biegania czy spaceru.

v2 - Kopia

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale w środku znajdziesz mnóstwo konkretnej i praktycznej wiedzy.

Ebooka pobrało już ponad 54.000 osób! 

Kliknij Tutaj i Pobierz Ebooka

Moja Totalna Metamorfoza

Nagle stało się coś nadzwyczajnego. Nie potrafię tego wyjaśnić. Nie chcę póki co o tym pisać, bo nadal to do mnie nie dociera. W każdym razie moje nogi odzyskują sprawność.

Stawiam równe, żwawe kroki choć jeszcze kilkanaście minut wcześniej mdlałem z bólu.

Po kilku minutach doganiam Kacpra i dalej razem idziemy do 9 punktu przy kamieniołomie. Krótka przerwa i idziemy dalej.

Razem z Andrzejem wysuwamy się na przód. Chłopaki z tyłu śmieją się, że dopiero ledwo co chodziłem, a teraz idę jakbym właśnie startował.

Nogi same mnie niosą i jest naprawdę świetnie. Dochodzimy do jakiejś wioski i zatrzymujemy się w sklepie. Uzupełniamy napoje i zmierzamy do kolejnego punktu.

Schodzimy z ulicy w jakąś boczną drogę, która pnie się coraz bardziej w górę. Kolana znów dają o sobie znać. Przez kilka kilometrów szliśmy jak burza a ostatnie 300 metrów wyciska ze mnie resztki sił. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Podbijam tabliczkę. Patrzę na pień, na którym siedzą ludzie i widzę bandę brudnych, styranych facetów, którym zachciało się ganiać po lesie. Mimo zmęczenia ktoś opowiada kawały, ludzie śmieją się z siebie wzajemnie.Jest sympatycznie 🙂

Wyciągam telefon i dzwonię do żony. Po trzech sygnałach słyszę: „No hej! Jak tam?” Na co ja odpowiadam: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Kochanie”.

Rozmawiamy jeszcze chwilę i umawiamy się, że wieczorem Ola przyjedzie. To podnosi mnie na duchu.

Koniec przerwy, idziemy na punkt 11. Popełniliśmy tu fatalny błąd. Podążyliśmy za ekipą, która pewnie szła przed siebie uzbrojona w GPSy. Niestety zabłądziliśmy tracąc masę czasu. Docieramy do kolejnego punktu kontrolnego z dużym opóźnieniem.

Jeszcze tylko 4 punkty i meta. Tylko i aż 4.

Tomek i Mateusz wystartowali dużo szybciej i co jakiś czas dawali nam znać co nas czeka na trasie. Dostaliśmy od nich informacje, że punktu 12 szukali 1,5h.

To świetnie obrazuje jak działa ludzka psychika. Po takiej wieści nastawialiśmy na błądzenie i kolejne stracone godziny. Zaczynają wychodzić na wierzch emocje. Widać nerwy i teraz nikt do nikogo się nie odzywa.

Postanawiamy podążyć za małą grupą. W pewnym momencie grupka się podzieliła. Woła nas Michał i mówi, że musimy podjąć decyzję gdzie idziemy. Tłumaczy coś na mapie, pokazuje, chłopaki coś mówią, a ja ich nie słyszę. Tak jakbym spał na stojąco z otwartymi oczami. Kompletnie nie wiem o czym wtedy była mowa.

W końcu poszliśmy prosto i to był strzał w dziesiątkę bo po kilkunastu minutach byliśmy w kolejnym punkcie. Od harcerzy dostaję bandaż na kolano i ruszamy dalej.

Przed nami kolejne bardzo strome podejście. Znów zostaję w tyle, ale wciąż zadaję sobie pytanie: „Czy już naprawdę dałem z siebie wszystko?” Odpowiedz brzmiała:”nie”. Jeszcze nie.

Znów kręci mi się w głowie, ale nie mogę tu zasłabnąć bo się zabiję, a przecież ludzie już popłacili miejsca na szkolenia, więc taki numer byłby wybitnie nie na miejscu 😀 Postanawiam, że lepiej będzie przeżyć i iść dalej.

Rozdzielamy się i ja do punktu idę drogą dłuższą, ale łagodniejszą. Chłopaki wybrali szybszą, ale bardziej stromą trasę. W sumie wyszło na jedno bo spotkaliśmy się kilkaset metrów przed punktem kontrolnym.

Trzynastka zaliczona. Jeszcze tylko dwa punkty. Tylko dwa. Cieszę się w duchu bo wiem, że ukończę Kierat. Już jestem za daleko, żeby zrezygnować. Dam radę choćbym miał się doczołgać.

Przez ładnych kilka kilometrów szło się rewelacyjnie, ale znów zabłądziliśmy. W ludziach budzi się agresja. Raz po raz ktoś rzuci „kurwą” bo jesteśmy na skraju wytrzymałości. Ten błąd kosztował nas kolejne kilometry.

Było minęło – nie ma co biadolić, bo to nic nie da. Idziemy dalej. Świadomość tego, że to już ostatnia stacja jest niezwykła. Mimo ogromnego bólu, zmęczenia, braku snu idziemy po zwycięstwo.

Wchodzimy do lasu. Znów podejścia i zejścia. Nie są już tak wielkie, ale idziemy już ponad 24h i nawet niewielka górka mocno daje w kość.

Zostaliśmy z tyłu i w pewnym momencie Kacper zauważa, że… coś tu się nie zgadza. Przez głowę przebiega myśl: „Tylko nie to!!! Dlaczego teraz? Dlaczego tutaj? Na ostatnim punkcie? Kurwa!!!”

Powoli przemieszczamy się w dół i nagle widzę, że na rozwidleniu stoi butelka. Coś mnie tknęło, że to nasi dają nam znać którędy iść. Dołączają do nas jeszcze trzy osoby w tym jedna uzbrojona w GPS.

Kacper dzwoni do chłopaków i dostajemy wiadomość, że koło butelki jest strzałka. Rzeczywiście była. Później kolejna i kolejna. Strzałki pokrywają się z drogą jaką wyznacza GPS, czyli jest dobrze.

Docieramy do ostatniego punktu. Jest lekko po 20:00. Zostało tylko 8km do mety. Prosta, asfaltowa trasa. To było najdłuższe 8km w moim życiu.

Kacper pobiegł do przodu, a ja spokojnie wracałem spacerkiem z ludźmi poznanymi na ostatnich kilometrach. Ta ostatnia prosta strasznie się dłużyła. Nagle widzę tabliczkę „Limanowa” i już wiem, że zostało tak niewiele. Zbliżamy się do mety i nagle dzwoni telefon. Sygnał się urywa i z drugiej strony mostu słyszę: „Bartek! Baaartek!”.

Ola biegnie do mnie i ostatnie metry pokonujemy razem. Dla takich chwil warto żyć.

Na mecie nie ma tłumów, żadnej linii do przekroczenia. Nic z tych rzeczy.

Podchodzimy do namiotu i dostaję karteczkę, którą trzeba wymienić na medal i dyplom. Dają jeszcze kupon na kiełbasę i herbatę.

To koniec. Wracamy do domu.

Kierat to najtrudniejsza rzecz, z jaką kiedykolwiek przyszło mi się zmagać. Dotarłem do sił o jakich istnieniu nie miałem pojęcia. Poznałem swoje nowe oblicze.

Między 8 a 10 punktem przeżyłem coś wręcz mistycznego, co pozwoliło mi ruszyć mocno do przodu. Wróciłem inny i nie sposób opisać to słowami. Trzeba to przeżyć.

Dlaczego to osiągnęliśmy?

Kiedy wróciłem zastanawiałem się nad tym jak to możliwe, że każdy z nas ukończył Kierat? Byliśmy najmłodszą ekipą, każdy z nas szedł pierwszy raz, a mimo to ukończyliśmy.

kierat meta

Przeszliśmy dlatego, że inna opcja w ogóle nie była brana pod uwagę. Od początku w rozmowach przewijało się, że dobrze by było wrócić na 21:00 i jeszcze zobaczyć finał Ligii Mistrzów.

Po drodze kiedy dopadało nas zmęczenie nie mówiliśmy: „dobra, kończymy”, tylko: „kiedy wreszcie będzie meta”.

Jechaliśmy na Kierat po to, żeby go ukończyć – to było dla nas oczywiste. Nie było opcji „zobaczy się” , „spróbujemy”. Był jeden cel – meta.

Mamy mentalność zdobywcy. Interesuje nas zwycięstwo. To nie oznacza, że nie poniesiemy porażek. Z pewnością będzie ich wiele, ale ważne, żeby wtedy być całkowicie przekonanym o tym, że zrobiło się absolutnie wszystko co możliwe, żeby wygrać. Wtedy porażka, to żaden wstyd.

Zatem kiedy przyjdzie Ci realizować jakieś wielkie zadanie i będziesz chciał odpuścić zadaj sobie jedno pytanie:
„czy naprawdę zrobiłem wszystko co możliwe, żeby wygrać?”.

Mnie to pytanie pozwoliło przemaszerować kolejne 50km.

Podziękowania

Michał, Kacper, Andrzej, Radek, Tomek, Mateusz – dziękuję, że dane mi było przeżyć tą przygodę razem z wami. Jesteście wielcy, a już wiecie stać was na jeszcze więcej.

Żyjemy nieograniczeni.

Na koniec video relacja z trasy. Komentarze Kacpra są bezcenne 😀

 

Kierat – największe wyzwanie w moim życiu
4.66 (93.21%) 112 votes