Jak się ogarnąć w życiu?

jak-sie-ogarnac

Historia, którą za chwilę przeczytasz jest w 100% prawdziwa. Opisuję w niej:

  • Jak zaczęła się moja przygoda z tańcem?
  • Dlaczego skręciłem kolano z własnej głupoty?
  • Dlaczego musiałem zrezygnować z treningów i do jakiego stanu mnie to doprowadziło?
  • Jak się po tym wszystkim ogarnąłem i powstałem niczym Fenix z popiołów 😉

Ten wpis do najkrótszych nie należy, więc może naszykuj sobie kubek pysznej kawy, przynieś sobie pralinkę (no bo wiadomo, że jak kawa to i coś słodkiego), rozsiądź się wygodnie i spędź ze mną najbliższe kilka minut. No może kilkanaście.

Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce, byłem chyba w czwartej klasie.

Co roku w czerwcu było organizowane coś takiego jak „Dni Mysłowic”, więc wraz z kolegami z osiedla poszliśmy zobaczyć co tam się dzieje.

Gdy byliśmy na miejscu to kończył grać jakiś zespół, a konferansjer poprosił, żeby publiczność zrobiła miejsce przed sceną.

Po chwili pojawiła się grupa chłopaków ubranych w oldschoolowe dresy. Zaczęła grać muzyka, a oni zaczęli jeden po drugim wychodzić na środek i prezentowali przeróżne figury. Szczęka mi opadła bo pierwszy raz widziałem coś takiego na żywo. Mowa oczywiście o breakdance – to była miłość od pierwszego wejrzenia.

Widziałem jak ludzie reagowali na te ich wygibasy i stwierdziłem, że ja też chcę tak tańczyć.

Po ich pokazie ogłoszono gdzie i kiedy odbywają się zajęcia i jeśli ktoś był zainteresowany, to mógł przyjść na trening.

Na pierwszy trening wybrałem się z dwoma kolegami. Po rozgrzewce zapytaliśmy trenera czy może nas nauczyć tych „barów” albo kręcenia na głowie. Popatrzył na nas dziwnie i powiedział, że aby dobrze zrobić bary potrzebujemy kilku tygodni treningu. Bo najpierw musimy się dobrze rozciągnąć, później trzeba się nauczyć robić dobre wejście, a później przez jakiś czas będziemy się mordować z tym, żeby zrobić pierwsze przejście.

A ja naiwny myślałem, że załapię to na jednym treningu.

Kliknij tutaj i odbierz bezpłatnego ebooka i audiobooka.

Przez pierwsze miesiące wyglądałem tak, jakbym regularnie podawał tacie za słoną zupę. Z każdego treningu wracałem z jakimś guzem, siniakami, otarciami i zwichnięciami.

I właśnie ten okres zweryfikował kogo naprawdę to kręci. Koledzy, z którymi się zapisałem odchodzili bo nie widzieli efektów. Chciałbym wam tu zdradzić jakiś sekret, że mnie tam trzymała determinacja, byłem silniejszy czy cokolwiek takiego, ale tak szczerze, to nie mam pojęcia co kazało mi wracać na salę.

Zwykle treningi wyglądały tak, że najpierw była wspólna rozgrzewka. W drugiej części poznawaliśmy nowe kroki czy figury, a w trzeciej części każdy mógł sobie trenować co chciał.

Nie pamiętam już kto to był, ale któryś ze starszych kolegów doradził mi, żebym wybrał sobie jedną figurę i powtarzał ją non stop, dopóki nie osiągnę perfekcji. Jak już będzie dobrze, to dopiero wziąć się za inną figurę, a tą pierwszą to tylko sobie na każdym treningu raz czy dwa „odświeżyć.”

Pamiętam, że na pierwszy ogień poszedł tzw.”turtle”. Tu możesz zobaczyć jak to wygląda.

Tak robiłem i rzeczywiście widać było postępy.

Właśnie sobie uświadomiłem, że dokładnie tak samo powinno się robić w biznesie. Weź pod lupę jeden projekt, skup się na nim i jak zacznie zarabiać to weź się za kolejny. To znacznie lepsze niż robienie pięciu rzeczy na raz.

Zresztą polecam poczytać o łańcuchu krytycznym Eliyahu Goldratt’a.

W każdym razie z treningu na trening szło mi coraz lepiej i po dwóch latach założyliśmy formację „Conflict Zone”. Jeździliśmy z pokazami po festynach, eventach i imprezach organizowanych przez galerie handlowe.

Conflict Zone Breakdance Taniec

Tak, to ja 😀 

To był piękny okres. Wtedy po raz pierwszy zasmakowałem tego, że można dostawać pieniądze za coś, co uwielbia się robić.

Aby podnosić swój poziom i podpatrywać nowe tricki jeździliśmy na różne zloty i zawody. Nie było tak lekko jak teraz, że się z youtube można wszystkiego nauczyć 😉

Zawsze gdy wracaliśmy z takich zawodów byliśmy strasznie nabuzowani. Najchętniej to od razu by się poszło na salę ćwiczyć nowe rzeczy 😀

Pamiętam takie zawody w Wałczu, gdzie zjechały się najlepsze polskie ekipy. Okazało się, że to co potrafili moi starsi koledzy z Mysłowic, to przedszkole w porównaniu do tego, co robili zawodnicy z Koszalina czy Włocławka.

Następnego dnia musieliśmy czekać pięć godzin na pociąg, to poszliśmy do sklepu ze sprzętem RTV i zapytaliśmy czy mają jakieś kartony. Akurat mieli, to posklejaliśmy to i tańczyliśmy na dworcu.

Dworzec Sklep RTV Karton Taniec Pociąg

Po powrocie nie mogłem się doczekać treningów. Pracowaliśmy jeszcze ciężej niż zwykle, a w wakacje trenowaliśmy dwa razy dziennie. Przez najbliższe miesiące wszyscy poczynili pioruńskie postępy.

Zerwanie więzadła na własne życzenie

Przez wiele lat uważałem, że to był najgorszy dzień w całym moim życiu, ale nie ma tego złego.

Skakaliśmy na lekcji w-fu w dal i każdy miał oddać trzy skoki. Była moja kolej na trzeci skok i zadzwonił dzwonek na przerwę.

Wuefista krzyknął: „Ok, koniec na dzisiaj!”.

Ale ja już szykowałem się do startu, to jak to „Koniec na dzisiaj”? Krzyknąłem: „Proszę Pana no niech mi Pan da szansę, chcę poprawić skok”.

Popatrzył na mnie i powiedział: „Ok, skacz”.

Rozpędziłem się. Noga idealnie trafiła w deskę i wszystko działo się jak w zwolnionym filmie. Zaraz po wyskoku czułem, że będzie daleko. Nawet spojrzałem w dół i miałem wrażenie, że ja się zawiesiłem, a cała ziemia się pode mną przesuwa.

W końcu zatrzymałem się kilkadziesiąt centymetrów za takim dołem, w który skakała większość z nas. Wylądowałem już na twardej ziemi i zarówno ja, jak i wszyscy stojący wokół piaskownicy słyszeli, że coś mi strzeliło w kolanie.  Najlepsze, że pociągnęło mnie do przodu, a tam zaczynał się beton. Wyciągnąłem ręce, żeby chronić twarz przed uderzeniem. Leżałem tak i tylko słyszałem: „oj, chyba złamał nogę”.

Ktoś tam zadzwonił na pogotowie, ale nic z tego nie wyszło, bo wszystkie dwie karetki przypadające na Mysłowice były w terenie.

W końcu zadzwoniono po mojego tatę. Przyjechał i zabrał mnie na pogotowie. Pewnie moja historia potoczyłaby się nieco inaczej gdybym od razu miał operację. Lekarze stwierdzili jedynie, że noga nie jest złamana i najlepszy będzie gips. Na miesiąc.

„Człowiek skurwiel”

Wiem, że podpunkt brzmi mocno, ale najlepiej oddaje to, kim się wtedy stałem. Siedziałem w domu z nogą w gipsie, oglądałem całymi dniami TV i z dnia na dzień byłem nie do zniesienia.

Mimo, że o kulach mogłem się poruszać, to przez pierwsze dwa tygodnie rozłożyłem się jak król. Z nikim nie chciałem rozmawiać i wykorzystywałem kontuzję do tego, żeby moi rodzice i siostra biegali wokół mnie.

„Mamo, zrób mi herbaty”, „Tato, weź mi przyciemnij żaluzje”. Serio, zachowywałem się jak bym był sparaliżowany, a przecież ja miałem tylko nogę w gipsie.

Zatem siedziałem w domu, nie chciało mi się nigdzie wychodzić i ciagle zapraszałem do siebie kolegów. W tym czasie jak ktoś z bliskich kumpli szedł na wagary, to lądował u mnie.

Wszystkim opowiadałem jak to mi smutno i źle. Jaki to ja nie jestem poszkodowany przez los bo raczej nie będę mógł już tańczyć. No spokojnie mogłem nosić koszulkę z napisem: „Ofiara losu”. Wszyscy mnie pocieszali i mówili, że jakoś to będzie, że dam sobie radę itp. Każdy zna te wyświechtane slogany.

Wtedy dotarło do mnie, że takie pocieszanie kogokolwiek po jakiejkolwiek stracie jest totalnie bez sensu. Każdy mi to mówił i im częściej to słyszałem, tym mniej w to wierzyłem.

Prawda w oczy kole

Po jakimś czasie wpadł do mnie znajomy, który naprawdę mną potrząsnął. Kiedy ja zaczynałem swoją litanię jak to mnie los źle potraktował on przerwał mi i powiedział:

„Kurwa Bartek! Ok, nie możesz tańczyć i co? Będziesz siedział jak ostatnia pizda i marudził? Nie taniec to coś innego! Przestań się mazgaić i weź się za siebie!”

Naprawdę nie przebierał w słowach. Wszyscy inni użalali się nade mną. Mówili, że nie wszystko stracone, że może jakoś to się poukłada.

Tylko on jeden w ogóle się nade mną nie litował i to mi pomogło. Zacząłem przygotowywać się do egzaminu gimnazjalnego i dzięki temu dostałem się do najlepszego liceum w Mysłowicach.

Kiedy zdjęli mi gips, to noga obrzydliwie mi schudła. Chodziłem na jakieś rehabilitacje, ale nic to nie dało. Kolano nadal bolało, ale powoli zaczynałem dostrzegać światełko w tunelu.

W końcu trafiłem do lekarza sportowego, który zalecił mi operację. Miałem usunięte strzępy w więzadle krzyżowym i na odcinku podajże 2,5 cm mam je o 2/3 cieńsze.

Kiedy poszedłem na kontrolę już w Mysłowicach, to ortopeda stwierdził, że lepiej dla mnie będzie jeśli zrezygnuję z tańca. Wyobraź sobie to: jeździsz po zawodach, festynach, imprezach okolicznościowych i dodatkowo zarabiasz na tym co kochasz.

Najpierw szyna, później gips, w końcu operacja, zaczyna wracać nadzieja i nagle ktoś Ci mówi, że masz z tym skończyć. Nie potrafiłem się z tym pogodzić.

Lekarz stwierdził, że z taką kontuzją będę utykał do końca życia. Nie uwierzyłem mu.

Po powrocie do domu zawiązałem na kostkę kilo soli i prostowałem nogę w kolanie, żeby mięśnie wróciły do dawnej formy. Po dwóch miesiącach nie było śladu po utykaniu. Mogłem znów tańczyć i biegać. Co prawda nie z taką intensywnością jak wcześniej, już raczej bardziej hobbystycznie, dlatego postawiłem na bieganie, które jest nieco bardziej przewidywalne niż breakdance.

Zacząłem chodzić na siłownię, biegać i jeździć na rowerze.

Wiem, że dla wielu osób takie wydarzenie to błaha sprawa. Ludzie tracą w wypadkach całe rodziny. Różne okoliczności pogodowe powodują, że w ciągu kilku minut tracą dorobek całego życia. Wpadają w długi sięgające setek tysięcy złotych.

Tak, ja wiem, że moja kontuzja przy powyższych sprawach to błahostka, ale taniec wtedy był dla mnie wszystkim. Ja po prostu tym żyłem. Chciałem być choreografem pracującym z gwiazdami estrady. Chciałem mieć własną szkołę tańca i jeden skok przekreślił te plany.

Co pomogło mi się podnieść?

Przygoda z kolanem byłą jednym z wielu takich punktów zwrotnych w moim życiu. Zwykle to wyglądało tak, że jakieś wydarzenie powodowało totalną utratę gruntu pod nogami. I za każdym razem, ale to za każdym razem wychodziłem z tego mocniejszy.

Kiedyś usiadłem i zacząłem się nad tymi wszystkimi punktami zwrotnymi zastanawiać. Zauważyłem, że zawsze przebiegają one według podobnego schematu i to nie tylko u mnie.

Jeżeli masz jakieś osiągnięcia (a na pewno masz!), to prawdopodobnie przeszedłeś przez te kroki nawet jeśli nie jesteś tego świadomy.

Krok 1 – Jaki wynik chcesz osiągnąć?

Kiedy usłyszałem od znajomgo te mocne słowa, to wyznaczyłem sobie prosty cel: nawet jak nie będę mógł tańczyć, to chcę być na tyle sprawny, żeby nie utykać, móc biegać i jeździć na rowerze. Niby nic wielkiego, ale po prostu wiedziałem dokąd zmierzam.

Dlatego weź pod lupę jeden obszar swojego życia. To mogą być finanse, zdrowie, rozwój biznesu, rodzina czy jeszcze coś innego. Wybierz to, co w tej chwili jest dla Ciebie najważniejsze.

Opisz tak dokładnie jak potrafisz, co dokładnie chcesz osiągnąć np. od godziny 18:00 chcę mieć czas dla rodziny. Chcę z nimi wychodzić na spacery, grać w gry i rozmawiać.

Nie wiem co na ten moment jest dla Ciebie ważne. Może chcesz być bardziej pewny siebie, może chcesz poznawać więcej osób, może chcesz założyć własny biznes, albo napisać książkę. Napisz czego chcesz.

Krok 2 – zastanów się i zapisz co zrobisz, żeby osiągnąć swój cel i ZDECYDUJ, że to zrobisz.

Gdy zastanowisz się nad tym dlaczego jednym ludziom dobrze się wiedze, a innym nie, to prawdopodobnie dojdziesz do wniosku, że jedni zdecydowali, że wezmą życie w swoje ręce, a inni nie.

Świat nie dzieli się na biednych i bogatych. Świat dzieli się na zdecydowanych i niezdecydowanych.

Nie piszę tylko o osobach, które osiągnęły zawodowy sukces. Pod ludzi sukcesu możesz podłożyć w zasadzie dowolną grupę: narkomanów, alkoholików, bezrobotnych, grubasów itd.

Dlaczego jedni wychodzą z tarapatów, a inni nie?

Bo Ci pierwsi zdecydowali, ze tak dłużej być nie może, a następnie zaczęli robić rzeczy, które doprowadziły ich do konkretnych rezultatów.

Odcięli się od nieodpowiedniego towarzystwa, zaczęli szukać pomocy, słuchali ludzi, którzy przeszli podobną drogę, zaczęli analizować kiedy ulegają pokusom, oraz kiedy działają najbardziej efektywnie.

Zatem jeżeli zastanawiasz się dlaczego Twoje życie nie jest lepsze, to masz odpowiedź: nie zdecydowałeś się na zrobienie rzeczy koniecznych do tego, żeby było lepsze!

Wiem, że w takich momentach zwyczajnie możesz się obawiać opinii innych czy porażki. Niemniej jeżeli intensywnie w danym momencie myślisz o tym, że coś trzeba zmienić, to wierz mi, że to właściwy moment, żeby coś zrobić. Nigdy nie będzie lepiej, a będzie tylko gorzej jeśli pogodzisz się z taką sytuacją jaka jest, a która nie do końca Ci odpowiada.

To jest ten moment, żeby stanąć ze swoim lękiem oko w oko i dotknąć go w nosek.

Widzisz, w wielu książkach motywacyjnych i na seminariach mówi się o tym, żeby iść na całość. Że powinieneś jechać przez życie jak walec, który na nic nie patrzy, tylko jedzie do celu miażdżąc wszystko, co napotka na drodze. Nie zgadzam się z tym.

Ok, czasami też rzucałem się na głęboką wodę, ale znacznie częściej podchodzę do tematu nieco spokojniej.

Przypomnij sobie jak byłeś mały i przyszedł jakiś sąsiad z dużym psem. Nawet jeśli pies był niegroźny, to raczej nie wskakiwałeś na niego, tylko zachowywałeś większy dystans. Może nawet ktoś wziął Twoją rękę i wspólnie robiliście pieskowi „kizia mizia” ( wiesz o co mi chodzi 😉 )

Dopiero jak się przekonałeś, że pies naprawdę nie odgryzie Ci głowy zabawy były znacznie mniej zachowawcze.

To jest normalne i nie ważne czy chcesz pogłaskać psa, nauczyć się jeździć na łyżwach, popracować nad pewnością siebie, nauczyć się nowego języka, wyjechać w podróż autostopem czy założyć firmę.

Być może już w Twojej głowie pojawił się głos:

„Bartek, ale nie wiem co mam robić. Już kiedyś próbowałem coś zmienić i nie zadziałało”.

No litości! Dokładnie wiesz co masz robić. Wypisz kilka pomysłów z głowy, a jak tego będzie za mało to skorzystaj z Google.

Najgorsze co możesz robić, to tkwić w syfie po uszy, wiedzieć co zrobić by z niego wyjść, a mimo to siedzieć na dupie z nadzieją, że „pewnego dnia” wszystko się zmieni.

No to mam dla Ciebie niespodziankę – otóż „pewnego dnia” to dzisiaj.

„Bartek, no ja to bym chciał schudnąć, ale dzisiaj nie jest dobry dzień, żeby cokolwiek robić, bo trochę jestem zajęty.”

No naprawdę? Tak bardzo jesteś zajęty, że nie znajdzie się nigdzie miejsca np. na 10 przysiadów? Nie każę Ci robić od razu jakiegoś skomplikowanego zestawu ćwiczeń! Nie dasz rady zrobić 10 przysiadów? To może 5? Też nie? SERIO?

Jezuniu, jak Ty możesz sobie spojrzeć w oczy!

Na tym etapie zapadają konkretne decyzje, a za nimi idzie działanie. Jakiekolwiek.

Jeżeli wierzysz, że pojedziesz na jakieś seminarium, albo że przeczytasz artykuł taki jak ten i za domem pojawi się basen, a na podjeździe będzie zaparkowane Lamborghini Gallardo, to niestety mam złą wiadomość – nic, a nic się nie zmieni, dopóki nie podejmiesz decyzji, że coś zmieniasz.

„No, ale Bartek! Podjąłem decyzję, przecież czytam Twojego bloga i słucham nagrań!”

Daj spokój bo to brzmi jak tłumaczenie małego chłopca, który zabrał ostatniego cukierka, ma całą buzię wymazaną czekoladą, ale mówi: „To nie ja”.

Trochę się rozpisałem przy tym punkcie, ale będę to mielił do upadłego, że ludzie nie mają wyników bo nie są zdecydowani na poświęcenie swojego czasu i wysiłku w to, aby coś zmienić.

Efekty nie pojawią się od razu. Opona na brzuchu też nie urosła z dnia na dzień. Zadłużenie zazwyczaj też nie pojawia się od tak. To zazwyczaj trochę trwa. Nie spodziewaj się, że w drugą stronę efekty będą błyskawiczne. Nie będą.

Zła i zarazem dobra wiadomość

Nie jest to nic odkrywczego i pewnie gdzieś już to pisałem i mówiłem, ale niektóre rzeczy po prostu warto co jakiś czas odkurzyć, żeby wrócić na właściwe tory.

Zatem do dzieła: stajesz się lepszy w tym co ćwiczysz.

Prawda, że nic odkrywczego?

Jak chodzisz na siłownię, to Twoje mięśnie są coraz twardsze i mocniejsze. Jeśli chcesz pobudzić je do wzrostu, to musisz poddawać je coraz większym obciążeniom.

Analogicznie możesz wyrabiać w sobie „mięsień odwagi”, „mięsień nauki języków”, „mięsień oszczędzania” itd.

Zła wiadomość jest taka, że każdy medal ma dwie strony. Bo jeśli systematycznie robisz rzeczy, które działają destrukcyjnie, to ich powtarzanie też przychodzi Ci coraz łatwiej.

Jeśli łapiesz się na tym, że co chwilę zaglądasz na Facebooka, to „mięsień Facebooka” będzie coraz mocniejszy. Będziesz spędzał tam coraz więcej czasu i każde kolejne wejście będzie mniej podlegało Twojej kontroli.

Jeśli ciągle narzekasz – będziesz coraz lepszy w narzekaniu. Jeśli coraz częściej zaglądasz do kieliszka – będzie coraz trudniej z tym zerwać.

Jak odpuścisz poranną gimnastykę jeden dzień to świat się nie zawali, ale jak odpuścisz trzy dni, to może się pojawić pokusa, że ten tydzień i tak jest spisany na stratę, więc zaczniesz systematycznie od przyszłego poniedziałku.

W bardzo dużym uproszczeniu tak to działa. Te wszystkie małe rzeczy mają naprawdę ogromny wpływ na kształt naszego życia.

Krok 3 – sprawdź wyniki.

Ok., w poprzednim punkcie mogłeś się nieco załamać, ale to co mam zamiar teraz napisać będzie workiem cementu zrzuconym na stopę.

Czy kiedy zaczniesz już wreszcie coś robić w określonym kierunku, to wyniki będą takie jakich oczekujesz?

N I E.

Już słyszę te głosy:

Co? To ja się tyle namęczyłem, żeby w ogóle ruszyć dupsko, a tu się okazuje, że jak już działam, to nie ma gwarancji sukcesu?”

A no nie ma.

Trzeba powtarzać te rzeczy, które zadziałały i jak najszybciej eliminować te, które zawiodły.

Przez wiele lat słyszałem i czytałem w różnych miejscach cytat Briana Tracy’ego:

„Jeśli chcesz podwoić ilość swoich sukcesów, musisz podwoić ilość swoich porażek.”

Ale czy na pewno?

Chłopaki z 37signals, autorzy książki „Rework” uważają, że z porażek niewiele się można nauczyć.

Krótki cytat:

„Ludzie mówią, że niepowodzenia kształtują charakter. Doradzają: Nie bój się porażki — im szybciej Ci się przydarzy i im częściej jej doświadczysz, tym lepiej.

[…]

Porażka nie jest warunkiem koniecznym sukcesu. Z badania przeprowadzonego przez Harvard Business School wynika, że bardziej prawdopodobne jest odniesienie sukcesu przez biznesmenów, którzy do tej pory cieszyli się powodzeniem w interesach (prawdopodobieństwo odniesienia przez nich sukcesu w przyszłości wynosi 34%), natomiast przedsiębiorcy, których pierwsze przedsięwzięcia okazały się nieudane, mają niemal takie same szanse (23%) na odniesienie sukcesu następnym razem co osoby zakładające swoją pierwszą firmę.

Wynika z tego, że dotychczasowi nieudacznicy mają takie same szanse na sukces co ludzie, którzy nigdy wcześniej nie prowadzili własnego interesu. Zatem tylko odniesienie sukcesu jest doświadczeniem, które coś znaczy.”

No i bądź tu człowieku mądry 😀

Jest jeszcze trzecia opcja. Mianowicie w wielu aspektach życia, żeby osiągnąć jakiś efekt nie trzeba wdrażać niczego nowego. Czasami wystarczy jedynie zaprzestać coś robić.

Wiem, że może zabrzmi to nieco dziwnie, ale zauważ, że jak ktoś ma nadwagę, to zanim zabierze się za ćwiczenia, pracę z trenerem, ustalanie co jeść i w jakich proporcjach musi przestać:

– jeść dużo słodyczy

– jeść późno kolację

– pić dużo piwa

– podjadać

– przestać wszędzie jeździć autem

To już powinno przynieść jakieś efekty.

Dlatego, żeby mieć różnego rodzaju wyniki, to czasami trzeba się przejechać właśnie po to, żeby odkryć czego NIE ROBIĆ.

Przy kolejnym podejściu do tematu eliminujesz tą jedną rzecz i wyniki powinny już być ciut lepsze.

Weźmy taki prosty życiowy przykład: wyobraź sobie Stefana, który chce poderwać dziewczynę. Stefan ma jednak taki paskudny nawyk, że ciągle dłubie w nosie.

Pewnego dnia podchodzi do Kaśki i zaczynają rozmawiać. Po kilku minutach zaczyna dłubać w nosie.

Na co Kaśka zniesmaczona mówi:

„Stefan Ty knurze! Jak Ty możesz tak rozmawiać ze mną i wyciągać kozy z nosa?”

Odwraca się na pięcie i odchodzi.

Stefan stwierdza, że faktycznie trochę to nietaktowne i podejmuje decyzję, że już tak nie będzie robił.

Kolejnego dnia Stefan spotyka Gosię. Rozmawiają, ale Tym razem Stefan w pełni panuje nad tym, żeby ręka nie powędrowała w kierunku nosa.

Dobrze im się rozmawia, więc Stefan proponuje Gosi wyjście do kina. Ona bez wahania przyjmuje jego propozycję.

Czy to już jest jasne po co są te wszystkie błędy i wpadki?

Teraz lekko odbiegniemy od tematu, ale ten akapit wyłapią tylko Ci, którzy dokładnie czytają cały tekst. Jak ktoś tylko skanuje tekst to raczej tego nie zauważy, a leniwi już dawno odpadli. Została czytelnicza elita, zatem jeśli to czytasz, to gratuluję i gdybym był blisko, to bym Cię uściskał.

Do rzeczy: pod tekstem znajduje się szary myślnik, który jest linkiem. Jak w niego klikniesz, to artykuł rozwinie się o dodatkową część i masz jedną z niewielu okazji, żeby zajrzeć mi do kieszeni. Opisuję tam na czym i ile zarabiam, z czego zrezygnowałem, a także jakie są plany zarobkowe na ten rok. Będę co jakiś czas opisywał jak mi idzie, ale umówmy się, że na temat tego ukrytego artykułu rozmawiamy w komentarzach bardzo dyskretnie, żeby nie wyglądało to zbyt podejrzanie. Jeżeli ktoś się wyłamie to ląduje u mnie na czarnej liście i dostaje bana. Zobaczymy jak długo uda nam się to utrzymać w małym gronie. No dobra to teraz cichaczem wracamy do głównego wątku.

Masz po prostu odkryć jakie działania są głupie i niepotrzebne, żeby przy kolejnym podejściu ich nie powtórzyć. Wtedy tak jak Stefan osiągniesz inny rezultat.

Krok 4 – Powtórz albo zmień

Ten krok jest mocno powiązany z poprzednim. Kiedy już wiesz jakie były wyniki masz dwa wyjścia:

1. Jak wszystko poszło dobrze, to zrób drugi raz to samo, a jeśli to możliwe (a na pewno jest możliwe) to usprawnij ten element.

2. Jak efekty są dalekie od oczekiwanych, to wypisz jakie błędy zostały popełnione i wyeliminuj je przy kolejnym podejściu.

„Bartek, a co jak jeśli znowu coś nie zadziała?”

Zgadnij – eliminujesz to i znowu powtarzasz.

„Ale jak długo mam to zmieniać, poprawiać i próbować jeszcze raz?”

To proste – tak długo, aż osiągniesz pożądany wynik. Wiem, że nie brzmi to jakoś spektakularnie, ale te cztery kroki naprawdę działają.

Podsumowując:

1. Dowiedz się co Ci naprawdę w duszy gra i w jakim kierunku chcesz podążać.

2. Zastanów się i zapisz co zrobisz, żeby osiągnąć swój cel i ZDECYDUJ, że to zrobisz.

3. Sprawdź wyniki. Bo nawet jeśli wszystko spaprałeś to też jest jakiś wynik.

4. Powtórz to co wyszło, zmień lub usuń to, co się nie sprawdziło.

To cykl, który w swoich działaniach powtarzam raz za razem, zatem polecam przetestować u siebie 🙂

Ps. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji, to szczerze zachęcam do pobrania ebooka: „Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty!”. To 175 stron samych konkretów. Zero lania wody. Ebook dostępny w formatach pdf, mobi i ePub.

To nie wszytko! Od kilku tygodni dostępna jest także wersja audio (również całkowicie bezpłatnie). Zatem jeśli nie masz czasu czytać, ale dużo czasu spędzasz w samochodzie, to niechaj ten audiobook umili Ci podróże. Na spacery, biegi czy jako podkład do domowych porządków też świetnie się nada.

Jeśli uznasz, że nie chcesz otrzymywać wiadomości, to możesz się wypisać jednym kliknięciem. Zatem pełen luzik 😀

Aby pobrać ebooka kliknij w okładkę.

przestań jęczeć

„Ok Bartku, wszystko jasne jak słońce. Zapisuję się, biorę ebooka
i rozumiem, że mogę się wypisać w każdej chwili.”

_
Jak się ogarnąć w życiu?
4.59 (91.85%) 130 votes