Dlaczego skoro tyle wiesz, to nadal nie masz efektów?

Karate

„Dlaczego nadal mi nie wychodzi? Dlaczego on zaczął to wszystko dwa lata później niż ja i potrafi z tego żyć, a ja nadal nie mam efektów?

Przecież czytam te wszystkie blogi, książki, chodzę na szkolenia, obserwuję na Facebooku różnych coachów i trenerów, a w samochodzie i podczas biegania słucham audiobooków.

Dlaczego skoro tyle już wiem, to nadal nie mam wyraźnych efektów?

Założyłem blog, ale nikt go nie czytał, to odpuściłem.

Zacząłem działać w biznesie MLM, ale ciągle tylko słyszałem NIE, to stwierdziłem, że to bez sensu.

Może założyć kanał na youtube bo to teraz takie modne? Sam nie wiem…”

Brzmi znajomo? Czy to nie jest również Twoja historia?

Jeżeli prowadzisz firmę, która dobrze prosperuje, jeżeli działasz w marketingu sieciowym i z miesiąca na miesiąc Twoje struktury rosną w siłę, jeżeli prowadzisz blog generujący takie zyski, że możesz się z tego utrzymać, to ten artykuł NIE JEST DLA CIEBIE.

Poważnie, wróć do tego co robisz najlepiej. Szczerze Ci gratuluję.

Ten artykuł jest dla tych, którzy od lat próbują się wybić w biznesie, ebiznesie, blogowaniu i marketingu sieciowym, ale cały czas są w tym samym miejscu.

Wiesz dlaczego nie masz efektów?

Mimo, że potrafię pisać barwnie i plastycznie, tak że dany tekst czyta się niczym dobry kryminał, to tym razem wszelkie wzniosłe formy idą na bok.

Ujmę to w jednym zdaniu, niechaj więc w Twojej głowie zapanuje absolutna cisza, a skupienie sięgnie zenitu:

Nie masz efektów bo się nie słuchasz, kombinujesz, przeskakujesz z kwiatka na kwiatek w poszukiwaniu „magicznej pigułki” i wymyślasz koło na nowo.

Wydrukuj sobie to zdanie i powieś nad monitorem albo wrzuć na tapetę, żeby wreszcie do Ciebie dotarło, że taka praca nigdy nie doprowadzi Cię do konkretnych wyników.

(Dodam, że nie mam nic przeciwko nauce z wielu źródeł bo sam lubię wprowadzać i testować nowe rzeczy, ale pod pewnym warunkiem, o którym napiszę w dalszej części tekstu)

Ponadto uważasz:
– że Ty daną rzecz zrobiłbyś lepiej niż dany trener/ bloger/ ekspert (gdyby tylko Ci się chciało)

– że w tym miejscu ekspert/ trener/ nauczyciel popełnił błąd i powinien to poprawić zanim wypuści coś w świat (bo dla Ciebie wypuszczenie nagrania/tekstu z takim błędem jest niedopuszczalne)

– że Ty posiadasz taką samą wiedzę z książek, więc jak to możliwe, że ktoś mówi prawie to samo na szkoleniach i śmie brać za to pieniądze

Tylko widzisz, zapominasz o jednym, jakże smutnym fakcie:

to właśnie te osoby mają konkretne efekty, a Ty nie.

To oni mają czytelników na swoich blogach, a Ty nie. To oni mają kilkadziesiąt tysięcy subskrybentów na youtube, a Ty nie. To oni piszą i wydają książki, które wnoszą w życie innych ludzi coś dobrego, a Ty nie.

To oni potrafią prowadzić długie i rzeczowe dyskusje podparte konkretnymi naukowymi dowodami, a Ty nie. To oni grzebią w badaniach, uczą się i są świadomi tego, że podejmowane inicjatywy nie zawsze wychodzą.

Oczywiście jak powinie im się noga, to Ty wtedy cieszysz się jak szczur na otwarcie kanalizacji, no bo jak to – taki z niego trener i mądrala i mu nie wyszło? Tak, nie wyszło. Zdarza się w każdej branży i często nie ma to nic wspólnego z wiedzą, wykształceniem, doświadczeniem bo czynników decydujących o powodzeniu jest znacznie więcej.

Leszek Czarnecki w książce „Biznes. Po prostu” napisał, że ilość udanych inwestycji w stosunku do nieudanych wynosi mniej więcej 50 na 50.

„Coo? Leszek Czarnecki? Jeden z najbogatszych Polaków? Ten od wrocławskiego Sky Tower? Nie… to nie może być prawda”.

A jednak zapewniam Cię, że tak jest. Mimo wieloletniego doświadczenia biznesowego, grona doradców i kilku miliardów na koncie nadal zdarzają mu się nietrafione inwestycje.

Nie ma ludzi nieomylnych choć oczywiście są tacy trenerzy, którzy wszelkie niepowodzenia zamiatają pod dywan bo chcą być uważani za ludzi, którzy są absolutnie wyjątkowi, boscy, kontaktujący się z nadprzyrodzonymi bytami i w ogóle „to ja, narcyz się nazywam”.

Tym bardziej szanuję takie inicjatywy jaką przeprowadził na swoim blogu Artur Król, a chodzi o cykl artykułów: „Moje błędy i lekcje z nimi związane”.

Moja głupia wiara w szybki sukces

Od momentu kiedy ten blog ujrzał światło dzienne popełniłem setki błędów. Niektóre były drobne, za inne musiałem zapłacić mniej lub więcej pieniędzy, ale chyba najgorsze były te, które kosztowały mnie sporo włożonego czasu.

Osobiście jakoś mniej dotkliwe jest dla mnie to, że włożyłem w coś pieniądze i inwestycja okazała się błędna, niż to, że pracowałem nad czymś kilka miesięcy i rezultaty były dalekie od oczekiwanych.

Takich błędów nie znoszę, ale czasu już nie cofnę.

Tym bardziej mnie to boli bo wystarczyło schować dumę do kieszeni, pochylić pokornie głowę, zamknąć mordę i posłuchać rad osób, które w danym temacie były ode mnie mądrzejsze. Ale nie – ja musiałem zrobić coś po swojemu.

Tak też było z tym blogiem. Na blogi trafiłem jakoś na początku studiów i wtedy z zaciekawieniem wczytywałem się w: blog.mediafun.pl i Zjadamy Reklamy.

Później zacząłem czytać jeszcze blog Alexa, Oresta i Antyweb. Stwierdziłem, że blog fajna sprawa, więc kupiłem hosting, domenę, z wielkim trudem zainstalowałem wordpressa i zaczęła się zabawa na całego.

Nie wiem dlaczego, ale już na starcie postanowiłem sobie, że blog będzie istniał przez pięć lat bez względu na wszystko.

Jak każdy początkujący bloger chciałem, żeby moje teksty czytał ktoś jeszcze poza mną i moją dziewczyną.

Zacząłem więc czytać i szukać informacji jak się wypromować. Jedni doradzali pozycjonowanie, inni artykuły gościnne, a jeszcze inni komentowanie u znanych w danej niszy blogerów.

Próbowałem wszystkiego po trochu, skakałem z kwiatka na kwiatek, ale bez żadnej przemyślanej strategii. Czytelników co prawda przybywało, ale nie w takiej ilości jak chciałem.

Przeszukiwałem internet i znalazłem blog prowadzony przez sympatycznego Australijczyka Yaro Staraka. Zacząłem czytać regularnie jego artykuły i naprawdę dużo się z nich nauczyłem.

Pewnego dnia Yaro ogłosił, że otwiera zapisy na kurs „Blog Mastermind”. Ręce trzęsły mi się jak u starego alkoholika kiedy kliknąłem „enter” i przelałem 297$ za ten kurs.

Postanowiłem, że skasuję wszystkie inne blogi, kursy, newslettery dotyczące blogowania i marketingu.

Przerabiałem każdą lekcję i obiecałem sobie, że nie włączę kolejnej lekcji tak długo, aż poprzednia nie zostanie w całości wdrożona.

Efekty były niesamowite!

Z tygodnia na tydzień widziałem taki przyrost czytelników jaki wcześniej pojawiał się w trakcie kwartału.

Wtedy odkryłem, że kursy internetowe służą mi lepiej niż szkolenia na żywo ponieważ mogę je przerabiać na spokojnie lekcja po lekcji. Na szkoleniach na żywo czułem, że dostaję świetną wiedzę, ale w pewnym momencie jej ilość zaczyna mnie przytłaczać.

Wracałem do domu z wieloma kartkami notatek, ale ciężko było to wszystko później ogarnąć.

Jednak szkolenia na żywo, to z kolei świetne miejsce do poznawania nowych osób, przedyskutowania pomysłów itd.

Na szkoleniach poznałem wiele fantastycznych osób. Z wieloma mam kontakt po dziś dzień, część została moimi klientami, a z innymi nawiązałem współpracę.

Kurs online wymaga dyscypliny bo musisz przerabiać poszczególne lekcje nawet jeśli nikt Cię nie pilnuje, a z tym niestety wiele osób ma problem i dla tej grupy szkolenie na sali może być lepszym rozwiązaniem.

Szkolenia na żywo mają to do siebie, że jak jest ćwiczenie, to niejako jesteś zmuszony je wykonać. Nie ma, że później, że kiedyś do tego wrócę itd. Robisz teraz i koniec.

Zastanawiałem się jak to połączyć, żeby dostarczać ludziom wiedzę i jednocześnie, żeby oni obowiązkowo obejrzeli każdą lekcję i zrobili każde ćwiczenie. Myślałem i wymyśliłem 🙂 Będzie to wprowadzone w projekcie, którego premiera już niebawem.

Jaka jest recepta?

Jak jesteś na początku drogi, to wybierz sobie jedną osobę i daj się poprowadzić za rękę.

Coś jak w czasach, gdy młody uczeń chciał się nauczyć fachu, to szukał sobie mistrza. Pomagał mu, pytał, przyglądał się i z czasem dochodził do tego samego poziomu.

Pamiętacie film Karate Kid? Chodzi mi o tę wersję z 1984 roku, w której mistrz Miyagi uczył młodego Daniela Karate. Kazał mu malować płot, polerować auto i robić inne rzeczy, które młody uważał za stratę czasu.

Z czasem okazało się, że to wszystko miało ręce i nogi, a nawyki wyrobione przy polerowaniu samochodu okazały się rewelacyjnym sposobem na blokowanie ciosów.

I cały sekret polega na tym, żeby na jakiś czas znaleźć sobie takiego mistrza Miyagi 🙂

Na rynku jest wielu trenerów, blogerów i marketerów. Zapewne masz już jakieś rozeznanie i intuicyjnie czujesz, że od jednej osoby uczysz się chętniej niż od innej.

Lubisz styl w jakim nagrywa swoje video, lubisz jej teksty, odpowiada Ci jej osobowość. Zaufaj tej osobie i daj się poprowadzić przez pół roku, a zobaczysz, że efekty będą lepsze niż przez ostatnie kilka lat.

Sam tak zrobiłem i robię dalej zawierzając w konkretnych aspektach jednej osobie i uwierz mi – to działa.

Jeżeli trafia do Ciebie mój przekaz, to świetnie. Jeżeli jest to inny trener, bloger, marketer – żaden problem 🙂 Rozumiem, że to co piszę i mówię nie każdemu musi się podobać.

Po jakimś czasie oczywiście warto się zatrzymać, rozejrzeć, sprawdzić aktualne potrzeby i dokształcić inny temat u innej osoby. Warto zrobić także rozeznanie czy szkolenie rzeczywiście się zwróciło.

Jak uczysz się od kogoś efektywnej pracy i zmiany nawyków, to po kilku miesiącach sprawdź statystyki pracy.

Jak przerabiasz kurs typowo biznesowy, to sprawdź czy rzeczywiście zarabiasz więcej.

Kolejnym krokiem może być eksperymentowanie, łączenie różnych technik, taktyk i strategii. Można także tworzyć własne narzędzia i metody, ale polecałbym to dopiero wtedy, kiedy porażka w danym projekcie nie decyduje o Twoim być albo nie być.

Z nieznanych mi powodów niestety to właśnie początkujący kombinują najwięcej. Nie są skoncentrowani, nie pracują, tylko szukają kolejnych „super-turbo-szybkich-sposobów-na-milion”. Najlepiej bez pracy, zaangażowania, porannego wstawania (lub zarywania nocy). Klik, klik i już ma samo działać. Wszyscy wiemy jak to się kończy.

A jak to wygląda od strony uczącego?

Znajoma postanowiła napisać książkę i zapytała mnie czy mogę zerknąć na to okiem. Pomysł wydawał mi się dość ciekawy, więc się zgodziłem.

Dostałem projekt książki i po przeczytaniu napisałem co jest ok, a co moim zdaniem należałoby zmienić.

Poza książką przygotowałem cały projekt, który miał na celu budowę marki osobistej tej osoby i wiedziałem, że jak zrobimy to zgodnie z planem to po książce pojawią się szkolenia, seminaria, kursy online itp.

Po jakimś czasie dostałem odpowiedź, że ta osoba jednak nie zastosuje się do moich wskazówek, bo ma swój styl, swoje pomysły i takiej artystycznej duszy jak ona nie można zamykać w ramy i plany.

Wiedziałem, że takie podejście się nie sprawdzi, ale już dawno dotarło do mnie, że nie ma sensu nikogo nawracać na siłę.

Zatem odpuściłem. Co się dzieje z książką? Nie mam pojęcia.

Naprawdę chciałem pomóc, a plan zakładał, żeby ta osoba nie popełniła tych błędów, które popełniłem ja. Jednak jak widziałem, że nie robi tego co sugerowałem, tylko kombinuje, to dotarło do mnie, że jak się sama nie przejedzie, to się nie nauczy.

Kolejny przykład to czytelnik, który zgłosił się do mnie ponieważ chciał założyć blog dotyczący odchudzania. Pomysł był ciekawy bo bazował na tym, że czytelnik miał jeszcze nadwagę i chciał na swoim przykładzie pokazywać jak zrzuca wagę: co robi, jak ćwiczy, co je, czego nie je, z jakimi przyzwyczajeniami musi się mierzyć itp.

Naprawdę świetna sprawa i po raz kolejny poświęciłem czas, żeby pomóc w przygotowaniu strategii na najbliższe miesiące.

Niestety temat znowu się rozmył bo praca, bo nie do końca był przekonany czy chce się zrzekać części swojej prywatności i może byśmy zrobili to inaczej.

Wtedy postawiłem twarde granice, że albo robimy to po mojemu (bo wiem, że wtedy projekt wypali), albo wcale.

Po kilku tygodniach dostałem maila, że może jednak warto do tematu wrócić, ale po pierwsze miałem już zaplanowane własne projekty na dłuższy czas, a po drugie po tych pierwszych sygnałach nie byłem pewien czy temat po kilku tygodniach pracy znów nie zacznie się rozmywać.

Tak szczerze to jest to dla mnie dziwne, że: ktoś ma marzenie, chce coś zrobić, zgłasza się po pomoc, ja chcę pomóc i co? Ja mam jeszcze motywować tą osobę do pracy nad jej własnymi marzeniami? No bez jaj.

Niestety czasami odnoszę wrażenie, że ludzie którzy zgłaszają się po wskazówki chcieliby, żeby wykonać za nich całą robotę. I owszem, taka opcja też wchodzi w grę, ale wtedy trzeba przemnożyć stawkę co najmniej x 10 🙂

Na sam koniec chciałbym wam pokazać list od czytelnika, który w zasadzie zadecydował o tym, że napisałem ten artykuł.

Celowo zamieszczam to na samym końcu, bo do tego miejsca zapewne dotarła już tylko połowa wszystkich, którzy rozpoczęli czytanie.

Poza tym nie chciałem, żeby ktoś mnie posądził o to, że specjalnie powołuję się na taką opinię, żeby dodać sobie autorytetu.

Zatem z góry mówię, że nie jest to moim zamiarem, ale z przyczyn oczywistych nie mam dostępu do korespondencji innych trenerów, więc zamieszczam list od swojego czytelnika. Jest to dowód na to, że to o czym napisałem wyżej sprawdza się w praktyce.

Nie dokonywałem w nim żadnych zmian, żadnych poprawek. Za zgodą Bartka zamieszczam całość.

Kliknij tutaj, aby przeczytać list

________________________________

Brakuje Ci motywacji do działania? Chcesz poznać konkretne i sprawdzone wskazówki dotyczące produktywności?

Mnóstwo skutecznych wskazówek dotyczących motywacji, produktywności i skupienia znajdziesz w ebooku: „Przestań jęczeń i weź się wreszcie do roboty”, którego udostępniam całkowicie bezpłatnie. Dostępny jest w formatach pdf, mobi, ePub. Jest także w wersji audiobooka, więc jest to idealne rozwiązanie do samochodu, do słuchania podczas biegania czy spaceru.

v2 - Kopia

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale w środku znajdziesz mnóstwo konkretnej i praktycznej wiedzy.

Ebooka pobrało już ponad 54.000 osób! 

Kliknij Tutaj i Pobierz Ebooka

Doczytałeś artykuł do końca? Kliknij „Lubię To”! 😉 Z góry dziękuję.

 

Dlaczego skoro tyle wiesz, to nadal nie masz efektów?
4.84 (96.74%) 43 votes