Jak stworzyć bloga wartego miliony? | Wywiad z Michałem Szafrańskim cz.2

Jak stworzyć blog warty miliony? Na czym się skupić? Na co uważać i czego unikać? Kiedy zacząć monetyzację własnego bloga? Na te i wiele innych pytań odpowiedział mi Michał Szafrański – autor książki „Finansowy Ninja”, oraz najpopularniejszego w Polsce bloga finansowego: JakOszczedzacPieniadze.pl. 

To jest druga część naszej rozmowy. Jest co najmniej tak wypakowana po brzegi konkretami jak część pierwsza. Jeżeli chcesz obejrzeć lub przeczytać pierwszą część, to KLIKNIJ TUTAJ.

W tej części rozmowy poruszamy takie tematy jak:

  • Dlaczego Michał postawił na jakościowe blogowanie?
  • Jakie dwa błędy popełnił po drodze, i gdyby nie one prawdopodobnie szybciej kończyłby swoje projekty?
  • Jakie wskazówki Michał dałby osobom, które chcą zbudować wartościowe blogi? Na co zwrócić uwagę, a czego unikać?
  • Dlaczego warto mieć na blogu newsletter?
  • Dlaczego panuje pewnego rodzaju „zmowa milczenia” i blogerzy nie walczą o to, żeby agencje wypłacały pieniądze w terminie?

Zapraszam do oglądania lub czytania 🙂

Osoby, które zdecydują się na inwestycję w książkę Michała mamy super niespodziankę! Szczegóły znajdziecie w ramce pod nagraniem.

Linki do stron, które są wspomniane w tej części:

Wykonanie i montaż: http://MaciejSobol.pl

Kliknij tutaj, aby przejść do trzeciej części

NIESPODZIANKA!

Moi Drodzy,

Miałem przyjemność zapoznać się z książką „Finansowy Ninja” i z ręką na sercu mówię wam, że dawno nie czytałem czegoś tak dobrego. Książka jest obszerna, ale jak sobie policzyłem, to zastosowanie (choćby częściowe) wskazówek w niej zawartych może wam w życiu zaoszczędzić od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych. Zatem zwrot z inwestycji jest gigantyczny.

Michał przygotował ofertę w trzech wersjach. W wersji pierwszej jest sama książka, w wersji drugiej i trzeciej dokłada m.in. ebooki, streszczenie w formie komiksowej, oraz kurs „Budżet domowy w tydzień”.

Jeżeli zdecydujecie się na opcję drugą lub trzecią, to dostaniecie także ode mnie dwa prezenty:

Prezent 1: Nagranie ze szkolenia „Extreme Productivity„. Ponad 8 godzin wiedzy na temat produktywności i efektywności osobistej. To na tym szkoleniu poznałem się z Michałem osobiście 🙂

Prezent 2: Zapis z wykładu: „Jak za pomocą bloga zbudować biznes skazany na sukces?”. Wykład o tym jak podejść strategicznie do blogowania? Co zrobić, żeby zawsze mieć pomysły na nowe wpisy? Jaka jest różnica między tym, czego czytelnicy chcą, a tym, czego potrzebują i jak im to dostarczyć?

To nagranie jeszcze nigdzie nie było publikowane, ani nie jest dostępne w sprzedaży.

Co trzeba zrobić, żeby dostać prezenty?

1. Wchodzisz na stronę: finansowyninja.pl 

2. Klikasz „zamów”

3. Wybierasz wersję „PAKIET” za 99,90zł lub „PAKIET + KURS” za 199,90zł.

4. Klikasz: „Dodaj komentarz do zamówienia”

5. W polu na notatki podajesz hasło: LICZYSIEWYNIK

6. Odbierasz maila i możesz oglądać moje materiały, bo na książkę jeszcze trochę trzeba poczekać 😉

To wszystko 🙂 Wiadomość z linkami i hasłami do bonusów powinna przyjść automatycznie.

WAŻNE!

Jeżeli ktoś z was już kupił pakiety kwalifikujące się do promocji (czyli te za 99,90 zł lub za 199,90 zł), to napiszcie na sklep@jakoszczedzacpieniadze.pl podając numer zamówienia (odszukaj proszę) i załoga Michała dośle bonusy.

Wersja tekstowa rozmowy

Bartek Popiel: Wiesz, czego ja się trochę obawiałem? Jak dostałem Twoją książkę, to mówię sobie: jak ją otworzę i Szafrański zacznie jechać, że ważne są tabelki, excele, słupki, wykresy… to ci ludzie skończą po pierwszym rozdziale.

Ale tak jak mówisz, jest tam gładkie przejście, żeby na początku tych ludzi zmotywować i trochę popracować mentalnie nad tym wszystkim, natomiast wszystkie trudne rzeczy są też u Ciebie na blogu. Wszystkie skrupulatne wyliczenia i tak dalej.

Konrad Kruczkowski w rozmowie z Marcinem Mellerem, jak realizowany był projekt Halo Człowiek przez Konrada… poruszyli taki temat, że dzisiaj telewizje, prasa… wszyscy rezygnują z korespondentów zagranicznych, bo to się po prostu nie opłaca. Jest kopiowanie informacji z agencji prasowych, a Ty mimo wszystko cały czas stawiasz na to jakościowe blogowanie. Bardzo merytoryczne i wyczerpujące i moje pytanie: po pierwsze, czy nie uważasz, że taki model się kończy?

Michał Szafrański: Czyli, czy nie żałuję?

B.P: Nie, na pewno nie żałujesz, bo są wyniki. Natomiast druga sprawa, to Twoje podejście do kreowania treści.

M.Sz: Sporo wątków poruszyłeś.

Pierwsza rzecz jest taka, że ja szukałem swojej drogi. I nie potrafiłem szczególnie znaleźć wartości w treściach krótkich, szybkich, niusowych. To znaczy… uważałem, że zawsze ktoś będzie w stanie mnie przeskoczyć. Nigdy nie będę najszybszy, nigdy nie będę najsprawniejszy. Jakby to nie jest mój kierunek.

Ja szukałem w internecie pewnych treści. I ja piszę takie treści, jakich sam szukałem.

Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć czegoś w jakimś obszarze, poznać jakąś informację kompleksowo, no to trzeba mu je podać w sposób wyczerpujący. Nie twierdzę, że obszerny, bo uczciwie mówiąc ja jestem bajkopisarzem trochę – w tym sensie, że piszę dosyć obszerne materiały i często nawet wycinam część z tego, co napisałem, bo to po prostu lanie wody.

Jakby ja nie mam trudności w budowaniu długich tekstów, ale z drugiej strony staram się, żeby te informacje, które ja bym chciał przeczytać w takim wpisie, to żeby one tam były zawarte. I to wymaga dłuższych form. Ja nie widzę innej drogi.

To powoduje też, że ja trafiam do trochę innych czytelników. Takich, którzy na takie treści są gotowi. Którzy są gotowi poświęcić czas, żeby coś przeczytać, przeanalizować, a nie tylko przelecieć wzrokiem. To też odbija się w jakości dyskusji na moim blogu, bo te dyskusje w komentarzach… one też wyglądają inaczej, niż na innych blogach.

To też nie jest tak – nie deprecjonując innych blogów – to nie jest głaskanie się po plecach i tak dalej. Aczkolwiek sporo osób, które mnie lubią, też sporo pochwał pod moim adresem kieruje, więc jak najbardziej jestem za to wdzięczny.

Ale jednak te dyskusje są często merytoryczne i dotyczą jakby tematu, o którym ja napisałem. Bądź bardzo go rozszerzają.

Często jest tak, że w tych komentarzach sporo nowych wartości się pojawia. To też jest fajne. Jakościowe treści przyciągają jakościowe dyskusje. To coś, w co ja od początku wierzyłem, ale nie wiedziałem, czy to nastąpi. Nastąpiło. I z tego się strasznie cieszę.

Czy ten model się kończy albo czy ten model jest przyszłościowy…? Jak na to patrzeć?

Ja uważam, że treści merytoryczne zawsze się będą broniły. Być może one nie będą mainstreamowe, one nie będą miały tak dużych zasięgów, jak treści rozrywkowe w stylu „w co się ubrała aktorka X” i tak dalej…

B.P: Tylko, że ten nius o aktorce X dzisiaj jest, jutro go nie ma.

M.Sz: Tak, to są treści bardzo szybkie. To są treści, które znikają.

U mnie są tak zwane evergreeny, czyli treści, które zawsze są aktualne. Nawet jeżeli one się dezaktualizacją, bo na przykład pewne liczby się zmieniają, to po to dołączam różne kalkulatory excelowe do moich artykułów, żeby każdy był w stanie coś sobie poprzeliczać pod kątem własnych warunków, pod kątem tego, co się pozmieniało i tak dalej i tak dalej.

Nie oszukujmy się – ja dzisiaj polecam w mediach społecznościowych, które napisałem w 2013 czy w 2014 roku i one nadal cieszą się zainteresowaniem.

B.P: Czasem nawet większym, nie?

M.Sz: Większym, bo teraz mam większe zasięgi, niż kiedyś. Więc, jak najbardziej, z mojej perspektywy, ma to sens. Czy widzę w tym przyszłość?

Ja zdecydowanie widzę przyszłość w tym kierunku, a totalnie nie widzę przyszłości w kierunku rozrywkowym. To znaczy… nie widzę w nim takiej wartości, która pozwoliłaby mu przetrwać próbę czasu. Takie treści bardzo szybko się dezaktualizują.

Osoby, które je tworzą, wpadają w taką pułapkę, że muszą cały czas generować nowe treści. Cały czas stymulować te kliki. Cały czas powodować to, że ktoś będzie po coś miał tam do nich wracać.

Jak to wygląda w praktyce? To widać po nagłówkach portali. Kiedyś tytuły były merytoryczne, a dzisiaj są typu: „NAWET NIE WIESZ, JAK NA 5 SPOSOBÓW MOŻNA OBRAĆ BANANA”

B.P.: (śmiech)

M.Sz: Albo: „Te 5 sposobów ubrania balona totalnie cię zaskoczą!”. Więc w tego typu mediach wszystko jest nastawione na to, żeby jak najwięcej odsłon nabić, bo prawdopodobnie z tymi odsłonami wiążą się pieniądze z reklam i tak dalej. Ja mam zupełnie inny model. U mnie reklam, jako takich, w ogóle nie ma. Nie musi być.

B.P: Czy przez ten czas, jak prowadziłeś bloga, coś można było przyspieszyć, zrobić lepiej? Jesteś człowiekiem bardzo analitycznym. Jak patrzysz do tyłu, co byś dzisiaj zrobił inaczej, gdybyś startował od zera z blogiem?

M.Sz: Prawdę mówiąc, to trudno mi takich analiz dokonywać, bo uważam, że wszystko potoczyło się bardzo dobrze. Nawet zaskakująco dobrze. Albo wręcz dużo lepiej, niż ja się spodziewałem, że się może potoczyć.

Trudno teraz byłoby się cofać i mówić „popełniłem takie i takie błędy”, bo, być może, wszystko, co robiłem, było potrzebne. Może nawet te błędy były potrzebne.

Natomiast jeśli chodzi o to, co mnie najbardziej mnie boli w tym, w jaki sposób pracuję… wymienię dwie rzeczy.

Jedna rzecz, to jest to, że próbuję złapać za ogon zbyt wiele srok naraz.

Próbuję z tym walczyć, ale to jest coś takiego, co jednak wraca. W końcu ciągle mam jakieś nowe propozycje: gdzieś tam jakiś występ, wspólne projekty, może to, a może tamto. Ciągle pojawiają się nowe tematy. Jestem rozproszony może nie na milion wątków, ale kilkanaście wątków w każdym momencie mojej pracy.

Przy książce musiałem to mocno ograniczyć. Gdybym nadal był taki rozproszony, to książki bym po prostu nie ukończył. Musiałem się skoncentrować: „dobra, piszę książkę, wyłączam wszystko”. Dlatego było mniej artykułów na blogu (w zasadzie w ogóle nie było przez ostatnie dwa miesiące), dlatego w mediach społecznościowych też w zasadzie wyciszona została moja obecność. Uznałem, że to coś, co zabiera za dużo czasu, a z drugiej za bardzo angażuje.

B.P: Czyli gdyby był fokus…

M.Sz: …gdyby był fokus, to wiesz. Jak się skoncentrujesz na jednej rzeczy, to pójdzie Ci znacznie szybciej, niż wtedy, gdy robisz 3 rzeczy naraz. To pierwsza rzecz.

Myślę, że powinienem wcześniej ograniczyć takie rozpraszanie się. Wtedy dużo fajnych projektów „dowoziłbym” szybciej.

Druga rzecz, to usystematyzowanie czasu mojej pracy.

Bo dzisiaj jest tak, że rzeczywiście jestem w pracy non-stop. I nie mam takiej rutyny, jakiej dorobili się niektórzy amerykańscy blogerzy. Oni na przykład mają konkretny scenariusz w konkretnym tygodniu.

Na przykład w poniedziałki tworzą wpisy na bloga. We wtorki nagrywają podcast. W środę robią coś tam, w czwartek załatwiają sprawy firmowe, planowanie i tak dalej i tak dalej. W piątki robią coś tam jeszcze. I w sobotę, niedzielę mają czas dla rodziny. W zasadzie każdego innego dnia też wykrajają na ten cel ileś tam.

Takie uporządkowane podejście to coś, co bardzo by mi się przydało. Ale ja takiego modelu się jeszcze nie dorobiłem. To znaczy próbowałem, ale po prostu jeszcze nie potrafię pracować w ten sposób. Można powiedzieć: ja pracuję nad konkretnymi tematami wtedy, kiedy uważam, że warto nad nimi pracować. Czyli planuję cały tydzień, ale plany, a rzeczywistość… to wiesz.

B.P: Jasne! My planujemy, a Bóg się śmieje 🙂 Z drugiej strony, gdyby nie te plany, to nawet jednej dziesiątej nie dałoby się zrealizować.

M.Sz: O tak! Zdecydowanie! Ja jestem jeszcze człowiekiem, który działa metodą GTD, więc cały czas muszę wiedzieć, co mam przed sobą. Kiedy już ten dany dzień nadchodzi, to konkretnie siadam do konkretnych rzeczy.

B.P: Kontynuujemy temat początkującego blogera.

Wyobraź sobie, że przychodzi do Ciebie jakaś osoba i mówi „Michał, chciałbym stworzyć blog, który z czasem stanie się moim źródłem utrzymania, który pozwoli mi zarabiać na życie. Co mam zrobić? Drogi Michale, co mam zrobić?”

M.Sz: To jest straszne założenie, że blog ma zarabiać.

B.P: Może ktoś podchodzi do tego na zasadzie, że „mam fajną pracę, jestem w niej szanowany…”

M.Sz: „…i rozważam opcję założenia bloga”?

B.P: Tak, dokładnie, i rozważa tą opcję!

M.Sz: Myślę, że wrócę do tego, o czym już mówiliśmy.

Pierwsza rzecz, to… w jaki sposób treści, które taki początkujący bloger zamierza tworzyć, będą przydatne dla kogoś? Dla jego audytorium? Do kogo mówi to, co chce mówić? Dlaczego takie coś ma być czytane? Dlaczego ma być wartościowe? To jest pierwsza najważniejsza rzecz.

B.P: Czyli „skup się na ludziach”?

M.Sz: Na ludziach i na tym, jaki problem rozwiązujesz. To jest kluczowe założenie w każdym biznesie. Jakiś problem, dla kogoś, rozwiązujesz.

To może być problem typu „zapewniam komuś pięć minut uśmiechu dziennie”, czyli – krótko mówiąc – tworzę treści rozrywkowe. Albo rozwiązuję jakiś konkretny problem, jakieś luki w wiedzy i tak dalej i tak dalej. Podsuwam jakieś rozwiązania typu treści eksperckie, merytoryczne. Abstrahując od kierunku.

Druga rzecz to zaplanowanie sobie jakichś celów: na trzy miesiące, na sześć miesięcy itd. od chwili rozpoczęcia blogowania.

U mnie te cele wyglądały tak: czy potrafię systematycznie tworzyć nowe treści? Dwa razy w tygodniu – konkretnie to sobie powiedziałem – czyli osiem wpisów miesięcznie. Czy te wpisy angażują społeczność? Czy jest pozytywne sprzężenie zwrotne? Czy ktoś jest w ogóle zainteresowany tym, co piszę? Czy pojawiają się komentarze?

No i jakieś cele ilościowe: ilu chciałbym mieć czytelników po pół roku? Czy jeżeli będzie ich mniej, to zamknę bloga? Czy po prostu spróbuję czegoś innego?

Trzeba sobie jakieś cele wytyczyć.

B.P: Jakieś checkpointy…

M.Sz: Tak. Wydaje mi się, że powinny być to cele bardzo dobrze mierzalne, żeby siebie samego nie oszukiwać.

I kolejna rzecz, pioruńsko istotna. O tym mówi Tim Ferris (który naprawdę jest świetny). To autor bloga i książek np. „4 godzinny tydzień pracy”, ale też autor świetnego podcastu (najlepszy podcast na świecie według Itunes przez 3 ostatnie lata).

Tim Ferris w jednym ze swoich wpisów tłumaczył, dlaczego nie powinieneś zbyt szybko monetyzować swojego podcastu. Najlepiej jest, według niego, w ogóle nie zaczynać z takim założeniem. Myślę, że takie założenie – a raczej jego brak – przy blogu też jest bardzo istotne.

I tu wracamy do samego początku naszej rozmowy. Czyli – jeżeli chcę tworzyć świetne treści; wiem, dla kogo; wiem co; wiem jakie mam cele w perspektywie pół roku, to muszę mieć zapewnione finansowanie na te pół roku. Nie powinienem myśleć o pieniądzach. Powinienem myśleć o tworzeniu świetnych treści.

Dopiero wtedy, na bazie tego, co wypróbuję; na bazie audytorium, które będę miał; na bazie rozpoznania ich potrzeb (bo mogą być inne, niż mi się wydaje – po pół roku będę już wiedział, jakie są naprawdę)… dopiero wtedy mogę myśleć, jak monetyzować to wszystko. I to też prawdopodobnie nie od razu. Pewnie dopiero po pewnym czasie, jak ułożę sobie plan tej monetyzacji.

B.P: Te współprace będą wtedy bardziej profitowe. Bo czasem jest tak, że ktoś ma 3 wpisy na blogu, ale już jest zakładka „współpraca”…

M.Sz: Tak, to jedna sprawa. Druga jest taka, że ta osoba 30% swojego czasu przeznacza na ganianie za pieniędzmi. A jak przeznacza 30% na ganianie za pieniędzmi, to nie przeznacza go na tworzenie treści.

Krótko mówiąc – to jest inwestycja i myślę, że dobrze by było, gdyby osoby, które myślą o blogowaniu, jako o sposobie zarabiania pieniędzy traktowały go, jako przede wszystkim długoterminową inwestycję. Im więcej jakościowych rzeczy zrobimy na początku, tym łatwiej będzie nam zarabiać pieniądze potem. Ale to nigdy nie będzie tak, że te pieniądze będą zarabiać szybko.

Tim Ferris mówi wprost, a ja się całkowicie pod tym podpisuję: im bardziej odwlecze się w czasie ten moment, kiedy zaczyna się zarabiać, kiedy zaczyna się myśleć o pieniądzach, tym większe pieniądze będzie się zarabiać.

Tylko nie można sobie pozwolić na to, że utnie się skrzydła zbyt wcześnie. Te skrzydła w postaci świetnych, jakościowych treści. Myślę, że to są kluczowe porady.

Kolejna porada to newsletter.

B.P: No właśnie – newsletter. Wiele osób uznawało przez wiele lat, że to coś niepotrzebnego. Że maile umierają, bo dzisiaj górują social media. Tymczasem to przecież bzdura!

Żeby się zalogować na Facebooka, trzeba podać maila. Żeby się zalogować na Twittera, trzeba podać maila. Żeby się zalogować do jakiejkolwiek innej platformy social mediowej, trzeba podać maila, więc jakiegoś trzeba mieć.

Newsletter to też coś, co ja budowałem od samego początku. I dzisiaj widzę, że inni blogerzy robią to samo… natomiast czas robi swoje.

Kiedy ja, na ten moment, mam 67 tysięcy pozycji w swojej bazie (to już przecież taki Stadion Narodowy z nadwyżką!), inni dopiero zaczynają. I to jest coś, co jest nasze, nad czym mamy pełną kontrolę.

M.Sz: No właśnie, to też bardzo kluczowa kwestia. To rozróżnienie: to, co jest Twoje i pod Twoją kontrolą i tego, nad czym nie masz żadnej kontroli. Czyli nad Facebookiem, nad Twitterem, nad wszystkimi innymi mediami społecznościowymi nie mamy w końcu żadnej kontroli.

Właściciel tych platform może się zdecydować na dowolny ruch, a my możemy tylko płakać. Na przykład Facebook zdecydował kilka dni, że w zasadzie będzie promował treści od przyjaciół znajomych, a te treści, które są treściami reklamowymi (czy postami sponsorowanymi), będą minimalizowane. I jest teraz wielki płacz.

Od zawsze twierdziłem, że to nie jest moje. Krótko mówiąc, pytanie jest: czy w ogóle należy tam alokować swoją energię? To pytanie oczywiście otwarte, bo jednak dyskusje się tam toczą, ludzie tam są. Być może możemy angażować się w dyskusje, ale znowu… to jest coś, co trzeba sobie wyważyć.

Bo ten sam czas mogę przeznaczyć na tworzenie wartościowych treści i docieranie z nimi bezpośrednio (poprzez newsletter chociażby) do mojego audytorium albo mogę po prostu przeznaczyć czas lub pieniądze na obsługę tych platform społecznościowych, tego Facebooka i tak dalej. Ale problem jest taki, że tam treści giną!

To znaczy – teoretycznie tam są, ale z drugiej strony jak na to spojrzysz, to okazuje się, że wyszukanie tego, co Ci śmignęło na wallu jest pioruńsko trudne. Mechanizmy wyszukiwania na Facebooku są fatalne, nie oszukujmy się.

B.P: Masz rację, dramat…

M.Sz: I gdzie teraz tworzyć treści? Gdzie prowadzić dyskusje, które są wartościowe? Nie mówię o dyskusjach, które są heheszkami, tylko o naprawdę wartościowych rozmowach.

No gdzie?

No u mnie na blogu.

To buduje wartość. Ja chcę, żeby ta wartość tam była. W pewnym sensie ja jestem gwarantem, że ta wartość zawsze tam będzie (dopóki nie zdecyduję się na przykład zamknąć bloga).

B.P: Zostałeś też wielokrotnie wyróżniany, jako bloger. Blog roku, wyróżnienia na różnego rodzaju konferencjach… Powiedz mi, czy trochę to na Tobie nie ciąży? W pewnym momencie jest to fajne, bo raz, że rozpoznawalność wśród społeczności blogerskiej, a dwa, że Twoja marka po prostu się niesie. Ale z drugiej strony….

M.Sz: Ciężar odpowiedzialności?

B.P: Tak, ciężar odpowiedzialności. Bo jednak Twoje zdanie się liczy w branży. Czy to nie jest przypadkiem także troszeczkę problem przy tworzeniu treści? Czy nie masz czegoś takiego, że wszystko, co musisz wypuścić, po prostu MUSI być dobre, bo tego się od Ciebie wymaga?

M.Sz: W tym znowu jest kilka warstw.

Pierwszy element jest po prostu taki, że albo jesteś odpowiedzialny albo nie jesteś odpowiedzialny. Wydaje mi się, że tutaj jakby nie jakichś stanów pośrednich. I wydaje mi się też, że ja jestem odpowiedzialny od zawsze.

Czy czuję większe brzemię odpowiedzialności? Tak, ale to nie wynika z nagród. To też chcę otwarcie powiedzieć.

Nagrody są jakby pewnym zewnętrznym usankcjonowaniem tego, że to, co robisz, ma jakiś sens dla kogoś z zewnątrz – może jakichś uznanych gremiów, które Ci takie nagrody wręczają. I to jest fajne. To zawsze jest bardzo pozytywne, cieszy, sprawia radość i tak dalej.

Z drugiej strony, to nigdy nie uważałem, że to jest coś, co mnie wartościuje. To znaczy – ja mam mocny, wewnętrzny filtr. Dla mnie ważne jest to, żebym ja bym zadowolony z efektów mojej pracy. W sensie, że to, co wypuszczam, jest dobre. Może w ten sposób.

Znowu, jak mówię „z efektów mojej pracy”, to może być wyobrażenie w stylu: „aha, chłopak chcę zrobić”.

Okej, pieniądze są ważne, ale one są skutkiem ubocznym robienia dobrej roboty. Wierzę, że to zawsze tak działa.

Czyli ja chcę robić dobrą robotę. A jak robię dobrą robotę, to wiadomo, że staram się też być odpowiedzialny. A im więcej takich zewnętrznych wyróżnień, im więcej osób mnie czyta, tym bardziej zwracam uwagę na to, co mówię. Czyli ten ciężar odpowiedzialności (w sensie pisania kolejnych wpisów i tego, że skoro ustawiłem wysoko poprzeczkę, to chcę przynajmniej na tym poziomie skakać – a być może wyżej) jak najbardziej jest.

Ale myślę, że to naturalny element każdego, kto się rozwija. W tym sensie, że cokolwiek robisz, to naturalną (tak mi się wydaje) potrzebą człowieka jest to, że chce to robić coraz lepiej.

I okej, być może docieramy do pewnego momentu, w którym stwierdzamy, że już wyżej się podskoczyć nie da – co oczywiście nie jest prawdą, bo zawsze da się podskoczyć wyżej, to jest kwestia tego, ile energii włożymy w to, żeby się wytrenować do skakania wyżej.

B.P: Jesteś też jedną z nielicznych osób, które złamały pewnego rodzaju zasady od zawsze działające w blogosferze. Byłeś jedną z pierwszych osób, która zaczęły niejako wymuszać przedpłatę. Postawiłeś twarde warunki – „chcesz się reklamować u Szafrańskiego – przedpłata”.

Było też mnóstwo innych, podobnych rzeczy, o których mówisz głośno. Wiesz, do czego chcę nawiązać…

M.Sz: Nie wiem….

B.P: Do Twojego wystąpienia na Blog Conference Poznań, gdzie „uderzyłeś mocno w stół”. Zawrzało nawet w samej branży blogerskiej, wśród blogerów. Mówiło się, że to było trochę za ostre. Wyciągnąłeś Mateusza z Szeri Szeri i powiedziałeś, że jako agencja powinni skorzystać z faktoringu, żeby mieć płynność finansową w swojej firmie.

M.Sz: …po to, żeby płacić innym w terminie….

B.P: ….bo agencje wiedzą, w jaką branżę wchodzą. I teraz moje pytanie. Czy blogerzy nie wiedzą, w jaką branżę wchodzą?

M.Sz: Fajnie, że do tego nawiązujesz. Tutaj znowu mamy kilka wątków.

Pierwsza sprawa jest taka: istnieje pewna, elementarna uczciwość w biznesie. Blogerzy oczywiście wiedzą, z kim pracują. Wiedzą, że niektórym agencjom (nie chcę generalizować) zdarza się płacić z opóźnieniem i chować głowę w piach. Wiesz o chodzi, księgowanie, gra telefonów i tak dalej.

Ktoś ostatnio na Facebooku komentował pół-żartem, że on chce być księgowym, bo to najlepszy zawód na świecie – zawsze na urlopie. Chodzi tutaj o to, że jak trzeba zadzwonić i zapytać, kiedy płatność od agencji pojawi się na koncie, to zawsze się słyszy, że „księgowa na urlopie”. (śmiech)

To jest farsa. Można się z tego śmiać, ale te zatory płatnicze, które są w niektórych branżach w Polsce to jakaś masakra. I teraz wszyscy zgadzają się na zmowę milczenia.

Mówisz, że zawrzało. A to dlatego, że podcinam gałąź, na której siedzą blogerzy, którzy żyją ze współprac komercyjnych. Dla niektórych jest to jedyne źródło przychodów.

I jeśli teraz któryś tam bloger występuje i zaczyna mówić, że agencje są „be” i takie działania to po prostu oszustwo – tak trzeba nazwać – to… jest tak, jak było właśnie po Blog Conference Poznań.

Blogerzy wiedzą, w co się pakują. Tyle, że obowiązuje nas umowa. Bloger z jednej strony, agencja z drugiej. Bloger wywiązuje się z postanowień zawartych w umowie. Dla jasności – jeśli bloger się nie wywiązuje z umowy, to tak samo powinien dostać strzał po uszach. Kary i tak dalej i tak dalej. Ja jestem za totalnym nie robieniem z gęby cholewy, czyli trzymaniem się postanowień, uzgodnień.

Bloger się wywiązuje, a agencja ze swoich zobowiązań się nie wywiązuje.

Co z tego, że napisała „wystaw mi fakturę, zapłacimy w terminie 30 dni”, skoro Ty wystawiasz fakturę, mija 30 dni, mija 40, mija 90 dni… i nic się nie dzieje. I wiesz, zawsze księgowa na urlopie i tak dalej. No sorry.

Czyli jedna rzecz to rzecz typu „wiem, w co się ładujemy”, a druga rzecz to „okej, ale tak naprawdę do czegoś obydwie strony się zobowiązują”. I z tych zobowiązań trzeba się po prostu wywiązywać.

Jeżeli agencje nie mają z założenia planów na to, żeby się systematycznie wywiązywać ze swoich zobowiązań, to niech podpisują inne umowy. Niech od razu w termin płatności wpiszą 180 dni i jeśli ktoś to zaakceptuje, to okej. Ale skoro nie akceptuje, to znaczy, że jednak te warunki powinny być inne. To tak w dużym uproszczeniu.

B.P: Nie myślisz, że narobiłeś sobie trochę wrogów?

M.Sz: Na pewno! Zawsze tak to działa, że jak mówisz coś w sposób zdecydowany, to nie wszystkim będzie się to podobało. Jestem święcie przekonany, że tak jest. Że wielu osobom się to nie podobało i na pewno sympatią mnie z tego powodu nie obdarzają.

Ja uważam, że warto tą atmosferę czyścić. I że warto pewne patologie piętnować, mówić o tym wprost. Bardzo dużo ludzi trzyma buzię na kłódkę i to jest po prostu słabe. To nikomu nie służy. To jest wręcz szkodliwe.

Rozumiem, że trudno jest odważnie wyjść wtedy, kiedy moje życie zależy od tego, czy agencja mi zapłaci czy też nie.

Tu wrócę i powiem – bo Ciebie i Twój blog LiczySieWynik na slajdach na konferencji też pokazywałem – że Ty idziesz taką drogę, która jest dla mnie drogą idealną. Nie stoisz na jednej nodze. Nie opierasz się na współpracach komercyjnych. Nie traktujesz tego, jako jedyne źródło przychodów, tylko stosujesz pewną dywersyfikację. To jest to, o czym również mówię w książce.

Nie powinniśmy polegać na jednym źródle przychodu. Im więcej ich mamy, tym jesteśmy bezpieczniejsi i stabilniejsi. Nawet jak ta jedna noga zostanie ucięta, to okej, stoimy na nogach pozostałych.

Osoby, które nie dywersyfikują swoich biznesów blogowych mają problem. I to nie tylko problem z tego powodu, że agencja im nie zapłaci.

Ich problem jest taki, że gałąź, na której siedzą… ona prędzej czy później może się złamać, bez względu na to, czy te osoby będą się na niej bujały czy nie. I to jest realny problem.

Mi zależy na tym, żeby blogerzy też mieli świadomość tego, że można zarabiać na wiele różnych sposobów. Można mieć swoje kursy, można mieć swoje książki, można świadczyć konsultacje, można sprzedawać swoją wiedzę w jakiś inny sposób. Mogą to być inne usługi – to nie musi być wiedza!

Chodzi o to, żeby jednocześnie sobie te różne strumienie przychodów budować.

Afiliacja w przypadku blogów merytorycznych to też świetny sposób zarabiania. To wszystko można robić. I wtedy…

B.P: …i wtedy nie jesteśmy przyssani do tego jednego jednego cyca.

M.Sz: Tak!

Wtedy można sobie pozwolić na taki luksus, na jaki ja na przykład pozwoliłem sobie w tym roku. Wprost powiedziałem, że nie realizuję żadnych współprac z markami w roku 2016.

Dlaczego?

Dlatego, że chcę się skoncentrować na swoich projektach. A prawda jest taka, że prace komercyjne (jakiekolwiek by one nie były) zawsze są pewną formą związania rąk. Realizujemy tą współpracę zazwyczaj według pewnego scenariusza, który nigdy nie będzie stuprocentowo zgodny z tym, co my byśmy zrobili, gdyby tej współpracy nie było. To jest taki kompromis.

Teraz pytanie: na ile chcemy pozwolić, żeby kompromisy wiązały nam ręce?

B.P: Ja popieram całkowicie ten model. Nawet ostatnio zrobiliśmy kampanię, która wyszła kapitalnie. Jasno powiedziałem swojej społeczności, że chcę zrobić projekty bardziej ambitne. Ludzie zareagowali: okej! Po prostu na to poszli!

I nawet to, co robimy teraz: ileś tam projektów, do których ja po prostu dokładam, jeżdżenie po Polsce i nagrywanie rozmów z fajnymi ludźmi…

M.Sz: Tak! To jest Twoja inwestycja.

B.P: Tak, ale chodzi też o to, że ja CHCĘ to robić. Przypuszczam, że może mi się to zwróci długofalowo i nastąpi to różnych formach, niekoniecznie finansowo. Mogą to być też dobry kontakt, polecenie, fajna rozmowa… Będzie się dziać zupełnie coś innego.

Ale to jest coś, co ja teraz czuję, że chcę robić. Zawsze chciałem to robić, ale finanse, inne priorytety….

M.Sz: Coś do garnka trzeba włożyć 😀

B.P: Właśnie! Tymczasem to jest fajne, że teraz mogę zbudować pewne projekty, które są ważne dla mnie albo które są społecznie ważne i te cyferki są gdzieś tam na trzecim czy czwartym miejscu.

Michał, zostawmy już na razie branżę blogową, bo moglibyśmy o tym cały dzień przegadać.

KONIEC CZ.2

Kliknij tutaj, aby przejść do trzeciej części

Jak stworzyć bloga wartego miliony? | Wywiad z Michałem Szafrańskim cz.2
5 (100%) 5 votes