Plusy i minusy E-biznesu: powinieneś to wiedzieć zanim zaczniesz

plusy i minusy biznesu online

Myślę sobie czasem, że fraza “jak zarabiać w Internecie” dla wielu może oznaczać mniej więcej to samo, co “jak zarabiać pieniądze nic nie robiąc?”.

W oczach takich gagatków prowadzenie biznesu online to cały dzień spędzony na hamaku z laptopem na kolanach, na którym leniwie “coś tam sobie klikamy”. Pieniądze, jakby same, spływają na nasze konta….

W takim wypadku największym wysiłkiem wydaje się wciskanie “f5” na stronie banku, by przy każdym jej odświeżeniu obserwować kolejne przelewy wpadające do wirtualnego skarbca, którego rosnącą zawartość z taką błogą radością obserwujemy, czując jednocześnie przyjemny, delikatny wiaterek na policzkach.

Błękit nieba, leniwy szum fal, łaskoczące oczy refleksy światła odbite na złocistym piasku i idealnie schłodzone piwko popijane w rytm hawajskich pieśni nuconych w oddali…

Chciałbyś tak? Pewnie, kto by nie chciał?

Zła wiadomość jest jednak taka, że brzmi to wszystko tak samo pięknie, jak idiotycznie. A z rzeczywistością ma tyle wspólnego, co nic.

(poza tym próbowałeś się kiedyś pozbyć piasku z laptopa? Nie jest łatwo :D)

Prowadzenie biznesu online to nie jest droga na skróty. To nie jest pójście na łatwiznę. To nie jest “nic-nie-robienie”. Przedsiębiorcy prowadzący firmę online nie leżą do góry brzuchem przez cały dzień, a pieniądze na ich koncie nie biorą się z powietrza.

ebiznes praca

Biznes online to pod wieloma względami biznes jak każdy inny, a prowadzenie przedsiębiorstwa internetowego to nierzadko naprawdę ciężka praca.

I nieważne, czy…

  • dopiero stawiasz pierwsze kroki na drodze przedsiębiorczości i poszukujesz ścieżki dla siebie…
  • prowadzisz lokalny biznes i zastanawiasz się, w jaki sposób rozszerzyć swoją aktywność na kanały online…
  • jesteś właścicielem firmy, która już teraz notuje świetne wyniki dzięki Internetowi…

…mam dla Ciebie jedną wiadomość:

sfera online, podobnie jak sfera offline, również wymaga odpowiedniego planu działania. Dzięki niemu wzrasta nasza szansa na świetne wyniki… a na tym przecież nam zależy, prawda?

Bez planu działania jest jak bez mapy – nie wiesz dokąd dotrzesz, nie wiesz co czeka Cię po drodze. Ale bez zmartwień! Oto przygotowałem dla Ciebie taką mapę.

W tym i kolejnych artykułach z tej serii dostaniesz odpowiednią dawkę wiedzy na temat modeli biznesowych dla firm opierających swoje istnienie o Internet. Dzięki szerokiemu zakresowi zebranych tu przykładów poznasz tajniki i sekrety firm, które nierzadko dzieli naprawdę wiele, ale łączy jedno: Sieć.

Ale po kolei. W tym, co napisałem powyżej, pojawiło się kilka wątków, które musimy ze sobą odpowiednio połączyć.

Po pierwsze: model biznesowy. Po drugie: działalność w  Internecie. I po trzecie: jak ma się jedno do drugiego?

Zacznijmy od… początku.

Internet. Ta jedna rzecz, która odmieniła kształt naszego świata i przez który swój kształt zmienia również biznes.

Są firmy starające się wypierać tę nową rzeczywistość. Uważają, że świat zatrzymał się w miejscu jakieś 50 lat temu. Nie dołączaj do ich grona, jeśli zamiast tworzyć historię, chcesz już teraz… przejść do historii. Bez szans na kolejny rozdział.

Przykład? Proszę bardzo!

Thomas Cook – najstarsze biuro podróży na świecie w tym roku z hukiem ogłowiło bankructwo.

Jak to się stało? Cytując za Money.pl:
„Głównym powodem upadku firmy była zmiana mentalności ludzi spowodowana rozwojem internetu. Thomas Cook sukcesywnie tracił klientów, którzy odpływali w kierunku wakacji przygotowanych przez siebie samych, w oparciu o portale typu Booking.com czy AirBnB.”

Jeden z rozmówców BBC Tim Jeans, szef lotniska w Newquay, ocenił, że Thomas Cook realizował “analogowy model biznesowy w cyfrowym świecie”

Oczywiście nie twierdzę, że od razu powinieneś zatrudniać agencję social media lub inwestować połowę rocznego obrotu w super nowoczesną stronę internetową czy aplikację mobilną. Zupełnie nie o to chodzi w tym tekście.

Przez następnych kilka minut, które spędzisz na lekturze tego tekstu, chciałbym zachęcić Cię do świadomego spojrzenia na swój biznes (obecny lub ten, który dopiero zamierzasz założyć) jak na coś, co operuje w dwóch różnych rzeczywistościach. A ten artykuł ma Ci pomóc zastanowić się, w jaki sposób wykorzystać jedną i drugą. Osiągając przy tym dokładnie takie cele, jakie stawiasz przed swoją firmą.

I dlatego zacznijmy od kwestii absolutnie fundamentalnej:

Dlaczego warto prowadzić biznes online?

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule tego rozdziału będzie dość przekorna. Bo ja uważam, że dzisiaj – poza nielicznymi wyjątkami – bardzo ciężko prowadzić małą lub średnią firmę bez wsparcia online.

Czyli: nieważne, co robisz (lub czego nie robisz) w Internecie, ma to wpływ na sposób działania i wyniki osiągane przez Twoją firmę.

W przytłaczającej większości branż, brak jakichkolwiek działań online będzie jak dziura w dnie samotnie przemierzającej ocean łodzi: w końcu pociągnie Cię na dno. Chyba, że masz przygotowaną świetną strategię pozyskiwania klientów z polecenia, albo masz biznes, w którym liczy się doskonała lokalizacja.

O mechanizmach, które wpływają na to, że ludzie polecają Twoją firmę (albo nie polecają), piszę szerzej w ebooku “Potęga rekomendacji. Jak skutecznie zdobywać klientów z polecenia”. Możesz go dostać ode mnie w prezencie, ale wrócimy do tego na koniec artykułu.

Nie mam problemów z wyobrażeniem sobie lokalnej firmy budowlanej, gabinetu psychologicznego,  lub działającej w obrębie osiedla kosmetyczki, którzy to – owszem – doskonale radzą sobie bez strony internetowej, mediów społecznościowych.

Kalendarz wypchany po brzegi, terminy na wiele miesięcy do przodu… Jednak takie osoby wykorzystują nieco inne mechanizmy: polecenia zaufanych i zadowolonych klientów, siła marki, ewentualnie nieprzyzwoity wręcz popyt na określone usługi, który wynika na przykład ze świetnej sytuacji gospodarczej lub chwilowej mody.

To nie przychodzi z dnia na dzień, a stanowi zazwyczaj konsekwencję wielu lat niestrudzonych działań albo perfekcyjnej lokalizacji… lub łutu szczęścia.

A przyznasz chyba, że te “wiele lat niestrudzonych działań” warto nieco przyspieszyć? A Twoich wyników biznesowych też raczej nie powinniśmy zostawiać tylko “szczęściu”? Ono się przydaje – jasne. Ale spójrzmy też na inne sprawy…

Zarabianie w Internecie jako odpowiedź na dzisiejsze trendy

Na start to co przedsiębiorcy lubią najbardziej: trochę cyferek.

  • Według portalu statista.com tylko w 2017 roku w Internecie zamówiono ok. 1.66 miliarda produktów.
  • Jeśli wierzyć portalowi InternetWorldStats, w chwili pisania tego artykułu w Internecie czeka na Ciebie 4,208,571, 287 potencjalnych klientów (tj. użytkowników Internetu), których od Twojej strony internetowej dzieli zaledwie kilka uderzeń w klawiaturę i wciśnięcie przycisku “enter”.
  • Google obsługuje ok. 40 000 zapytań na sekundę, co daje ok. 1.2 tryliona zapytań rocznie. W ilu przypadkach ta wyszukiwarka mogłaby wskazywać na Twoją stronę, na której byłoby dokładnie to, czego klient szuka i co może kupić trzema szybkimi kliknięciami myszki na pożytek swój i Twojego konta bankowego?

I choć idę o zakład, że żadna z tych danych nie wywołała w Twojej głowie krwawej rewolucji burzącej dotychczasowy obraz rzeczywistości, bo dla większości z nas są to sprawy intuicyjnie oczywiste (wszyscy wiemy, że w Internecie dużo się dzieje, prawda?), to jednak do kwestii biznesowych trzeba podchodzić w sposób usystematyzowany.

Te wartości pokazują więc czarno na białym, w którą stronę zmierzamy jako konsumenci… i w którą stronę powinniśmy pójść jako przedsiębiorcy, by konsumentom wyjść naprzeciw.

Wrócę więc tutaj do tematu zmian, których katalizatorem był Internet. Profesor Marshall McLuhan, jeden z najwybitniejszych teoretyków komunikacji, już w latach sześćdziesiątych w książce “The Gutenberg Galaxy” użył popularnego dziś sformułowania globalnej wioski.

Naukowiec analizował wówczas nawet jeszcze nie Internet, tylko…. radio i telewizję, a poprzez “globalną wioskę” rozumiał efekt obalenia barier czasu i przestrzeni, za co jego zdaniem już wtedy odpowiedzialne były media.

Internet nie tylko wpisał się w ten nurt, ale w niewyobrażalny wręcz sposób spotęgował tempo wydarzających się zmian.

Przestaliśmy być wyłącznie “odbiorcami”, jak miało to miejsce w przypadku radia i telewizji. Teraz, dzięki smartfonom w kieszeni, wszyscy możemy nadawać, wszyscy możemy mieć swoje audytorium. Tradycyjne modele komunikacji odchodzą w niebyt, a ich śladem podążają tradycyjne modele biznesowe. Bo przecież biznes to nic innego, jak komunikacja, prawda?

By sprzedawać, musimy się komunikować. By tworzyć produkty, musimy się komunikować. Niektórzy filozofowie pokusiliby się nawet o stwierdzenie, że całe życie jest w istocie niczym innym, jak komunikacją. Zmienia się komunikacja – zmienia się wszystko.

komunikacja jest kluczowa

Wiele firm nie utrzymało swojej pozycji, uległo naporowi postępujących w zawrotnym tempie rewolucji (nie posłuchało mistrza Yody…). Jednak to, co dla jednych jest klątwą, dla innych stanowi świetną okazję.

Na przykład dla mnie. I dla wielu mnie podobnych przedsiębiorców, których działalność nawet nie pojawiłaby się u nikogo w snach (za wyjątkiem pisarzy science fiction…), gdyby nie Internet.

Mam nadzieję, że sam również dołączysz do tego grona. I że już wkrótce będziesz mógł pochwalić się rewelacyjnymi wynikami.

Nie mówię, że będzie łatwo. Ale z całym przekonaniem mówię, że będzie warto. Bo poza tym, że Internet to oczywista przyszłość, pierwszy krok na ścieżce internetowej przedsiębiorczości jest… prosty.

Zatem dlaczego internet?

1. Niska bariera wejścia

Zdecydowana większość biznesów online wykazuje się dość niską “barierą wejścia”, czyli (uogólniając) niewygórowanymi wymaganiami, z jakimi przyjdzie się zmierzyć każdemu aspirującemu przedsiębiorcy, by otworzyć wreszcie wymarzony biznes.

Temat ten dotyczyć może zarówno aspektów finansowych, jak i wszystkich pozostałych inwestycji. W “tradycyjnym” modelu otwieranie biznesu wiązało się najczęściej z wynajmowaniem biura lub jakiejś hali i zatrudnianiem (od samego początku!) rzeszy ludzi.

To wszystko oznacza z kolei ogromne nakłady czasu, potrzebnego know-how dotykającego wielu, wielu obszarów oraz koniecznością dopilnowania szeregu spraw formalno-prawnych.

Zgodzisz się ze mną, że otwarcie własnej stacji diagnostycznej, albo gabinetu stomatologicznego, to nie taka prosta sprawa. Zgody, koncesje, pozwolenia, licencje itd.

Tymczasem mnóstwo z tych rzeczy ma się nijak do przedsiębiorstwa internetowego.

Przygodę z e-biznesem możesz zacząć pracując z domu, sam i po godzinach “normalnej” pracy na etacie, z którą nie musisz się rozstawać (zwłaszcza, jeśli nie jesteś jeszcze pewny, czy zdołasz się utrzymać ze swojej działalności… a wierz mi, jeśli dopiero zaczynasz, to nie powinieneś być).

Nigdzie poza Internetem nie jest tak łatwo brak budżetu nadrobić własną pomysłowością i odrobiną smykałki do technologii.

Większość modeli biznesowych, o których będziemy rozmawiać w tym cyklu, możliwa jest do wdrożenia praktycznie bez żadnych inwestycji i z wykorzystaniem takich zasobów, którymi dysponujesz już teraz .

Czasem będzie trzeba trochę pokombinować, pomyśleć, odnieść kilka mniej lub bardziej dotkliwych porażek, by móc wyciągnąć z nich lekcje. Z drugiej strony porażka w e-biznesie rzadko jest bolesna, jak ma to miejsce, gdy upadłość ogłasza normalna, “tradycyjna” firma.

Możliwa w Internecie racjonalizacja ryzyka sprawi, że z każdego upadku podniesiesz się szybko. A na pewno szybciej, niż gdybyś musiał spłacić zatowarowany na kilkaset tysięcy towar i uregulować zaległe opłaty za wynajem i obsługę powierzchni magazynowej koniecznej do przetrzymania zalegającego asortymentu.

Oczywiście nierzadko jest tak, że diabeł tkwi w szczegółach. Możesz się upierać, że Twój pomysł na przedsiębiorstwo internetowe i tak będzie wymagać kilku milionów na start.

Stanie się tak zwłaszcza, jeśli zaczytujesz się w biografiach Muska, Jobsa czy Bezosa. Marzy Ci się kolejny Amazon, Uber, Apple lub inna firma, której celem jest przede wszystkim nakarmić ego właściciela poprzez totalną rewolucję w upatrzonej przez Ciebie branży…

Nie mówię “nie”. Wyżej wymienione nazwiska to dowody na to, że takie organizacje się zdarzają. Statystyka tu jest jednak nieubłagana: szansa, że Twoja firma stanie się kolejnym Facebookiem czy Googlem są mniejsze niż wygrana w totolotka. A szansę na wygraną w totolotka – przy regularnej grze – są mniejsze niż szanse na śmierć z powodu trafienia piorunem.

Znasz kogoś, kogo kiedyś trafił piorun?

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie chce Ci podcinać skrzydeł. Jeśli znasz swoje “dlaczego?”, jeśli jesteś zdeterminowany, by osiągnąć jasno zdefiniowany cel, to trzymam za Ciebie kciuki. Chcę jednak, żebyś wiedział, że tak modne obecnie podejście opierające się przede wszystkim na skalowaniu przedsiębiorstwa przy wykorzystaniu zewnętrznych źródeł finansowania (inwestor, kredyt) to nie jest jedyna droga.

Ba! Nie jest nawet, moim zdaniem, najlepsza.

I choć wydaje się kusząca – no bo kto nie marzył o tym, by zostać “panem prezesem”? – to ciągnie za sobą tyle drastycznych w skutkach konsekwencji, że poważnie polecam wziąć pod rozwagę inne opcje.

Może Ci w tym pomóc np. fenomenalna książka “Firma, czyli Ty” pióra Paula Jarvisa. Przeczytałem w tym roku ponad 30 książek biznesowych i ta pozycja jest w TOP 3. Dorzucam do niej swojego ebooka “Potęga Rekomendacji” na temat pozyskiwania klientów z polecenia, bez którego żaden biznes – mały czy duży, ten bardziej internetowy i ten bardziej offline – będzie miał zdecydowanie pod górkę.

Na końcu znajdziesz wszystkie szczegóły.

Pamiętaj też o tym, że nawet te wzorcowe organizacje będące bohaterami “marzeń i snów” niespełnionych przedsiębiorców, nie od razu zaczynały jako wielomilionowe korporacje. Z reguły nie rozpoczynały swoich prac od prezentacji w PowerPoincie i bieganiu po funduszach Venture Capital, by pozyskać miliony na rozwój produktu, który w zasadzie nawet jeszcze nie istnieje.

Także te firmy zaczynały… z niskiego pułapu.

2. Możliwość startu z “niskiego pułapu”

Znasz zasadę “zrób to szybko, zrób to tanio, zrób to teraz”? W przypadku biznesów online wdrożenie jej w życie jest często znacznie prostsze, niż ma to miejsce w tradycyjnych firmach. Dlaczego?

Nie potrzebujesz biura – wystarczy kąt w mieszkaniu.

Nie potrzebujesz pracowników – wiele rzeczy możesz zlecać podwykonawcom lub automatyzować.

Nie potrzebujesz magazynu, o ile zdecydujesz się na handel produktami cyfrowymi lub spróbujesz swoich sił w dropshippingu (co to takiego? O tym dalej).

Ba! Nie musisz w ogóle poświęcać temu biznesowi normalnych, biurowych ośmiu godzin dziennie – możesz przecież zacząć działać dorywczo, wieczorami lub w weekendy, by w ten sposób zbudować bazę pierwszych klientów (do czego będę Cię bardzo gorąco zachęcał, bo to jeden z fundamentalnych sposobów na zwiększenie swoich szans i złagodzenie momentu wstrząsu między przejściem z etatu na swoje).

To wszystko drastycznie ogranicza nie tylko Twoje koszty, o czym rozmawialiśmy w poprzednim punkcie, ale ułatwia Ci wejście na drogę przedsiębiorczości bez ryzykowania ogromnej rewolucji w Twoim życiu, której skutki trudne są do przewidzenia.

Mniejszy pułap oznacza więc nie tylko mniejsze nakłady finansowe, ale również mniejsze ryzyko.

Ta technika idealnie wpisuje się też w filozofię “kaizen”: małymi krokami, ale cały czas do przodu. Zaczynając z małego pułapu, badając rynek i weryfikując swoje hipotezy na jego temat, w prosty sposób możesz zwiększać skalę swoich działań w miarę kolejnych osiągniętych kamieni milowych i innych sukcesów. O ile oczywiście uznasz, że to jest droga, którą chcesz podążać (nie musisz! Przypominam: wzrost firmy nie jest jedynym wyznacznikiem sukcesu!).

Do tego sprowadza się również spopularyzowana przez Erica Riesa metoda lean startup opisana w książce o tym samym tytule.

W dużym skrócie chodzi w niej o to, by zamiast od początku inwestować w coś, co zdaniem właścicieli firmy “na pewno się sprawdzi i wszyscy zaraz rzucą się, by to kupować”, nieustannie testować rynek.

Zacząć z niskiego pułapu i weryfikować na bieżąco, co z naszej oferty podoba się klientom, a co nie.

Rzeczy, które zostały poprawnie zweryfikowane przez życie, należy oczywiście rozwijać, najlepiej w dalszym ciągu korzystając z tzw. “pętli sprzężenia zwrotnego”, o której pisze Ries (zrób coś – > zmierz efekty – > poddaj je analizie – > popraw błędy – > zrób coś – > zmierz efekty – > …..).

Natomiast wszystkie pozostałe elementy naszej oferty, (czyli te, które naszym klientom nie przypadły do gustu) możemy bez problemu wycofać z asortymentu i zrezygnować z planów inwestowania w nich czasu i pieniędzy. Przyznasz chyba, że ma to sens?

Kiedy zaczynałem przygodę ze sprzedażą produktów cyfrowych i nie byłem jeszcze pewny, jaki kurs ma największe szanse na sukces, zamiast od razu rzucić się w wir przygotowywania materiałów i nagrywania wideo, postanowiłem “sprawdzić rynek”.

Przygotowałem więc kilka prostych stron internetowych – każda z nich stanowiła ofertę innego kursu (to było moje “zrób”, o którym pisze Ries).

Na każdej ze stron była możliwość “zakupu” prezentowanego kursu, która oczywiście nie dochodziła do skutku – po zostawieniu danych wyświetlało się podziękowanie za zainteresowanie oraz odpowiednia informacja, że produkt jest w trakcie opracowywania i że skontaktujemy się, gdy tylko uruchomimy jego sprzedaż.

Zbierałem wszystkie dane na temat tego, ile dana strona ma wyświetleń, ile danych kontaktowych zbiera formularz i tak dalej (to było moje “zmierz”).

Dzięki temu prostemu zabiegowi zaoszczędziłem mnóstwo, mnóstwo czasu. Okazało się, że – ku mojemu zdziwieniu – wygrała propozycja, która w mojej ocenie miała najmniejsze szanse. A tu proszę! (To było moje “przeanalizuj”).

Gdybym więc miał podjąć decyzję na podstawie mojego “wydaje mi się” i od razu rzucił się w wir przygotowań samego produktu (a prawie tak się stało!), to wybrałbym zupełnie inny kurs niż ten, na który ostatecznie zdecydował się wówczas “rynek”. Zmarnowałbym zainwestowany w to czas i pieniądze, gdy nie “start z niskiego pułapu”.

Tymczasem dzięki zastosowanej strategii i zebranym w ten sposób danym mogłem zweryfikować swoje (błędne) założenia, nanieść na nie poprawkę i do właściwej pracy zabrać się z większą pewnością czekających mnie wyników sprzedaży tego kursu (i to było moje “popraw błędy”).

Wracając do “niskiego pułapu” – osobiście uważam, że ta technika to jedna z najwspanialszych zalet działalności Internetowej. Można ją stosować do większości rzeczy, na których opiera się mój biznes. Poza decyzją na temat przygotowywanych produktów, mógłbym wymienić chociażby:

Testowanie nowych rynków

Wystarczy przygotować ofertę i puścić testową kampanię na kraj, który według Ciebie może skrywać na swoim terytorium grupę potencjalnie zainteresowaną Twoimi produktami czy usługami.

Taki eksperyment, który w bazowej formie to pewnie kilka godzin pracy i (w zależności od branży) od kilkudziesięciu złotych do kilku tysięcy złotych budżetu, pozwoli Ci przemyśleć plan rozwoju na zagranicznych rynkach. W stosunku do “tradycyjnych” modeli wymagających np. otworzenia filii za granicą, taka inwestycja to mniej niż kropla w morzu.

Jako inspirację w tym zakresie mógłbym podać Marcina Godlewskiego, który w 254. odcinku podcastu “Mała Wielka Firma” opowiada o świetnych wynikach kampanii realizowanych na zagraniczne rynki – bo chyba nie powiesz, że milion wygenerowany na prostych otwieraczach do wina sprzedawanych ludziom przebywającym za oceanem, w innej strefie czasowej, to nie jest coś, czym można się chwalić? 🙂

Marketing

Nie ma problemu, by wrzucić w różne kanały reklamy po “kilka złotych”, sprawdzić, który z nich przynosi największe zyski i w ten inwestować, z reszty po prostu rezygnując.

Nowe rozwiązania techniczne

Większość narzędzi online, które stosujemy do np. zwiększania konwersji na stronie internetowej, oferuje pewien ograniczony w swojej funkcjonalności moduł “demo”.

Jeśli więc chciałbym zainstalować na swojej stronie chatbota, mógłbym zacząć od wdrożenia darmowej wersji ( korzystając np. z chatfuel.com ), by sprawdzić, czy moi klienci w ogóle są zainteresowani nawiązywaniem takiej interakcji.

Po kilku godzinach miałbym już gotową odpowiedź, która pozwoliłaby mi podjąć odpowiednią decyzję: inwestować czy nie. Jak widzisz, wygląda to zupełnie inaczej, niż w tradycyjnym biznesie, gdzie np. zmiana wystawy pociąga już za sobą konkretne koszty.

Długo by jeszcze wymieniać, jednak konkluzja jest dość prosta: w Internecie ogranicza Cię przede wszystkim Twoja wyobraźnia. Tak jak pisał McLuhan: ani czas, ani odległości nie mają tutaj większego znaczenia. Nawet budżet przestaje być tak istotny, jeśli masz łeb na karku, a chęć nauki nowych rzecz wręcz z Ciebie kipi 😉

3. Skalowalność

Większość biznesów online może pochwalić się bardzo przyjemną cechą: skalowalność. Jest to argument trafiający zwłaszcza do umysłów tych ludzi, którzy zaczynają dostrzegać wady bezpośredniej wymiany czasu na pieniądze… a tych jest wiele.

Zacznijmy od “sufitu”. Pracując jako freelancer osiągniesz go szybciej, niż myślisz (a przynajmniej tego bym Ci w zasadzie życzył ;)).

Doba nas wszystkich to 24h i ani minuty dłużej. Ile w tym czasie możemy poświęcić pracy? 8h? 10h? 12h?

Dobrze wiesz, że Twoja efektywność spada w miarę postępującego przepracowania i przeciążenia. A o to nietrudno, gdy czuje się nad swoim gardłem opadający katowski topór dzierżony przez jegomościa imieniem Dedlajn, który śnił Ci się będzie po nocach.

Możesz zwiększać swoje stawki, możesz dbać o higienę pracy, ale tak czy siak w końcu osiągniesz wspomniany “sufit”: stan, w którym masz kalendarz wypchany po brzegi na kilka miesięcy do przodu. Wiesz, ile zarobisz i zdajesz sobie sprawę z tego, że musiałbyś przestać spać, jeśli chciałbyś zarobić więcej.

Jasne – możesz delegować, zatrudniać podwykonawców. I to jedna z dróg, popularna zwłaszcza w tradycyjnych modelach. Wiele organizacji opierających swoje istnieje o Internet również podąża tą drogą. O nich też wspomnimy w nadchodzących artykułach – świat nie jest czarno-biały i przecież nic nie stoi na drodze, by z korzyścią dla firmy łączyć różne podejścia.

Jest jeszcze jednak odmienna szkoła. Oparta właśnie o skalowalność. Osobiście jestem jej wielkim zwolennikiem.

Bo spójrz: ja kurs online tworzę raz. Muszę poświęcić kilkaset godzin na research i nagranie materiałów. To jest moja inwestycja w nowy produkt.

Jednak raz stworzony kurs online ma to do siebie, że mogę go sprzedawać w dowolnych ilościach, o dowolnej godzinie i dowolnym ludziom! To wszystko jest praktycznie w pełni zautomatyzowane!

Oczywiście troszczymy się w takiej czy innej formie o odpowiednie reklamy i marketing, jednak proces samej transakcji oraz dostarczenia produktu do nabywcy dzieje się już bez mojego udziału, bez konieczności nadzorowania wszystkich mechanizmów, bez ręcznego wydawania reszty, pakowania paczek. I bez potrzeby przyjmowania zwrotu, jeśli przy pakowaniu paczki zdarzy się jakaś pomyłka.

Z mojej perspektywy, pod kątem ilości czasu i pracy koniecznych do obsłużenia zamówień, w przypadku produktów cyfrowych nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy sprzedam dziś jeden kurs, czy będzie ich dziesięć tysięcy. W obu przypadkach stanie się to wszystko automatycznie. Bez stałych kosztów w postaci opłat za powierzchnię magazynową, ludzi do obsługi magazynu… Coś cudownego 🙂 Ok, do 10 000 z pewnością potrzebowałbym mocniejszego serwera.

Ktoś powie, że przecież można zbudować system, który podobnie działa również z produktami fizycznymi. Oczywiście, że tak!

Tak działa np. Marcin Osman i jego OSMPower, Michał Szafrański z JakOszczedzacPieniadze.pl Marcin i Ania Nowakowie z GdzieWyjechac.pl, czy Ola Budzyńska z PaniSwojegoCzasu.pl. Zlecają pakowanie i wysyłkę korzystając z usług IMKER Logistyka. Taki model określa się mianem 3PL (Third Party Logistics) – będziemy go dokładniej w pozostałych częściach tej serii. Podobnie ma się sprawa z dropshippingiem, który także stanowi odpowiedź na część z wyżej wymienionych problemów 😉

4. Elastyczność

Osobiście pracuję w biurze. Uważam, że w ten sposób jestem najbardziej produktywny i mogę maksymalnie wykorzystać osiem godzin, jakie zdecydowałem się poświęcić na pracę w trakcie dni roboczych.

Teoretycznie jednak nie ma żadnych przeciwskazań, bym swoją pracę wykonywał gdziekolwiek i kiedykolwiek.

Jeśli wymyśliłbym sobie przeprowadzkę do Tajlandii, to mógłbym się na ten krok zdecydować choćby jutro. I wcale nie musiałbym zamykać biznesu.

Jeśli z jakiegoś powodu nagle dostałbym silnego uczulenia na słońce i musiałbym zacząć pracować w nocy, również nie stanowiłoby to poważniejszego problemu.

Znowu: czas i miejsce przestają mieć znaczenie. Naszym światem jest Internet. Wspaniale asynchroniczny i aterytorialny.

Te zalety są wykorzystywane przez wiele osób na całym świecie, które określają się mianem “cyfrowego nomady”. To ludzie, którzy przemierzają różne kraje pomieszkując przez jakiś czas w różnych inspirujących miejscach. Do pracy potrzebują tylko laptopa i połączenia z Internetem.

cyfrowi nomadzi

Jest to niewątpliwa zaleta niedostępna dla żadnego “tradycyjnego” biznesu.

Bo przecież nie da się prowadzić hotelu w Bieszczadach mieszkając w Waszyngtonie. Trudno byłoby też przygotowywać burgery w warszawskim foodtrucku, jeśli akurat przebywamy w Australii.

Co innego, jeśli utrzymujesz się z pisania tekstów na zamówienie lub jesteś właścicielem sklepu online działającego w modelu dropshippingu.

(Chyba, że jesteś właścicielem i masz na miejscu dyrektorów, managerów itd…. ale tutaj wraca temat skali, podejścia “zrób to teraz”, niskiego progu wejścia…. i pozostałych rzeczy, które prawdopodobnie szybko sprowadziłyby Cię na ziemię, gdybyś postanowił otworzyć własny hotel).

5. Automatyzacja

Automatyzacja przez długi czas kojarzyła się z ogromnymi fabrykami, gdzie przy liniach fabrycznych zastępuje się powoli ludzi… robotami. W ten sposób wielkie firmy automatyzują proces produkcji, optymalizując przy okazji koszty, przyśpieszają cały proces oraz zmniejszają liczbę popełnionych przy produkcji błędów.

W końcu taki robot każdą powtarzalną czynność wykona znacznie szybciej od człowieka, nie potrzebuje przerw, nie pójdzie na chorobowe ani na macierzyńskie… do żadnego związku zawodowego też się nie przyłączy 😉

To oczywiście skrajny przypadek. W dodatku my teraz nie rozmawiamy przecież o zakładaniu nowej fabryki, prawda? Chcemy przecież wystartować z naszym pomysłem jak najszybciej i przy najmniejszej możliwej inwestycji.

W jaki więc sposób automatyzacja może nas pomóc w tym przypadky?

Krótka odpowiedź brzmi: w taki, jaki tylko chcesz. Obecne czasy oferują nam dostęp do wielu niesamowitych narzędzi, które zautomatyzują lub ułatwią ogrom piekielnie trudnej pracy!

Dzięki temu, aby wystartować z pomysłem, nie potrzebujesz już armii ludzi uwijającej się przy “linii produkcyjnej”. Wystarczy kilka „robotów”, które wykonają potrzebną pracę (nierzadko za darmo lub prawie za darmo).

Jeśli na przykład potrzebujesz strony internetowej, nie musisz już ani sam poświęcać miesięcy na naukę kodowania. Nie potrzebujesz też wcale zatrudniać programisty.

Masz przecież do dyspozycji szereg intuicyjnych kreatorów stron, jak np. Landingi.pl lub Leadpages.co. Te narzędzia oferują interfejs typu „drag and drop” (podnieś i upuść), który działa tak, że “wyklikujesz” myszką wymarzoną stronę, a „robot” zajmuje się resztą: przygotuje kod odpowiedzialny za prawidłowe wyświetlanie grafik, odpowiednio zoptymalizuje całą stronę… W efekcie wszystko w kilka minut będzie gotowe do publikacji.

A gdybyś nawet tego nie chciał lub nie mógł zrobić, to narzędzia te oferują szereg gotowych szablonów. Wystarczy, że wprowadzisz swoją treść – zupełnie nie musisz martwić się projektem strony!

A może potrzebujesz czegoś bardziej skomplikowanego? Nadal nie ma potrzeby pisania silnika strony od zera, skoro do Twojej dyspozycji jest np. darmowy WordPress, do którego bez kłopotu znajdziesz wymarzony szablon na wirtualnej giełdzie pokroju ThemeForest.

Nadal to nie to, czego szukasz? Z pomocą Webflow.com lub Wix.com stworzysz w kilka wieczorów stronę, nad którą jeszcze kilka lat temu musiałby tygodniami siedzieć sztab ludzi! Graficy, programiści…

Poza tym – może tak naprawdę nie potrzebujesz własnej strony? Może wystarczy skorzystać z dostępnej już platformy, jak np. medium.com lub po prostu własna strona na Facebooku? Stworzenie przy ich pomocy własnego profilu nie jest przecież żadnym technicznym wyzwaniem! Może teraz traktujemy takie rzeczy jak oczywistość, ale wierz mi – tego typu miejsca oferują bezpłatnie coś, czego samodzielne stworzenie od zera byłoby piekielnie trudne. Oni automatyzują dla Ciebie ogrom pracy!

Potrzebujesz grafiki? Oczywiście, że potrzebujesz, bez dobrej grafiki w sieci „ani rusz”. Ale bez obaw – dzięki automatyzacji, zamiast zatrudniać fotografa możesz po prostu zajrzeć do banku zdjęć w stylu Freepik.com. Ba! Tutaj znajdziesz nie tylko zdjęcia, ale całe mnóstwo gotowych grafik w praktycznie dowolnej estetyce. Ich przeróbka i modyfikacja też nie będzie wymagała od Ciebie wielkich umiejętności – wystarczy darmowa Canva, którą nauczysz się obsługiwać w jakieś 15 minut. W międzyczasie parząc sobie kawę 😉

Wymyśliłeś, że w ramach strategii content marketingowej będziesz realizował wywiady online? Kiedyś na podobne przedsięwzięcia mogły sobie pozwolić tylko bogate stacje telewizyjne, a za każdą tego typu produkcją stała armia specjalistów. Teraz mamy do dyspozycji narzędzia pokroju BeLive.tv, dzięki którym naprawdę profesjonalnie transmisję przeprowadzisz sam, z domu.

Takich przykładów można mnożyć w nieskończoność, ale mam nadzieję, że rozumiesz już kierunek, w którym zmierzam: Internet wprowadził automatyzację na zupełnie inny poziom. Teraz to coś dostępnego praktycznie dla każdego. Czegokolwiek sobie nie wymyślisz, jest spora szansa, że możesz znaleźć narzędzie, które przyśpieszy i ułatwi Ci realizację tego zadania.

Wysyłka wielu maili? Proszę bardzo, z pomocą przychodzą narzędzia do e-mail marketingu: ActiveCampaign (korzystam, polecam, można się na mnie powołać 😉 ), Freshmail, Mailchimp, Mailerlite. W dodatku nic nie stoi na przeszkodzie, by wysyłane maile same dopasowywały się do tego, jak w obrębie Twojej strony internetowej zachował się dany klient! Wystarczy odrobina „marketing automation” wprowadzonego np. przy pomocy GetResponse lub SalesManago, a na skrzynce Twojego klienta znajdą się dokładnie te produkty, które oglądał – to jest przykład, w którym oprogramowanie może zrobić więcej, niż Ty!

A może chciałbyś, by np. Twój sklep sam dopasowywał się do preferencji Twojego klienta? Zainteresuj się rozwiązaniem pokroju edrone.me!

Sam widzisz, że możliwości jest ogrom. Wystarczy zastanowić się, co z Twoich obecnych zadań niepotrzebnie zajmuje Ci czas, a następnie… zautomatyzować to. Coś takiego na pewno nie byłoby tak proste w przypadku “tradycyjnego” biznesu – w końcu “normalne” roboty to olbrzymia inwestycja. W Internecie możesz zacząć z naprawdę niskiego pułapu.

Minusy biznesu online… i jak przekuć je w plusy?

Wszystko to brzmi wspaniale, prawda? Może nie do końca jest to leżenie na plaży z laptopem na kolanach i popijanie drinków, jednak – jak to mówią – bunkrów nie ma, ale…  😉

bunkrów nie ma

Ale jednak jest kilka wyzwań typowych dla e-biznesów, których musisz być świadomy, nim wręczysz swojemu obecnemu szefowi wypowiedzenie, po czym z radością i entuzjazmem oddasz się tworzeniu swojego wirtualnego imperium. Lub swoją obecną firmę zechcesz przekształcić w opartą o Internet jednoosobową markę globalną.

Pora rozprawić się także z nimi.

1. Mentalność: wolę kupić osobiście, offline

Wyzwaniem dla sklepów internetowych opierających swoją ofertę o powtarzalne produkty fizyczne (np. sprzęt i akcesoria komputerowe, smartfony, RTV, AGD, odzież i obuwie itd., czyli słowem – wszystko, czego nie produkujesz osobiście lub czego nie rozprowadzasz na wyłączność) jest zjawisko znane jako ROPO. Z angielskiego Research Online Purchase Offline, czyli “szukaj w internecie, kupuj w sklepie” (w wolnym tłumaczeniu ;)).

Jak pokazują badania “The State of Retail” przeprowadzone przez portal timetrade.com, około 56% konsumentów deklaruje, że drogie i duże produkty woli kupić w sklepie, osobiście.

Dlaczego? Światło na tę sprawę mogą rzucać wyniki zrealizowanego w 2018 roku badania “Deloitte holiday retail survey”. Według nich, wśród najczęstszych powodów dokonywania ostatecznej transakcji w świecie offline, są: możliwość dokładnego obejrzenia produktu przed zakupem, chęć uniknięcia kosztów przesyłki, łatwiejszy i szybszy zwrot, konieczność posiadania zakupionego produktu tu i teraz.

Miałem tak na przykład kupując fotelik samochodowy dla córki. Wstępny research w sieci, potem podjechaliśmy do sklepu, bo co jak co, ale fotelik trzeba przymierzyć! W końcu nie każdy pasuje do każdej tylnej kanapy… a jak jeden z interesujących nas modelu już był wpięty w samochodzie, to z żoną stwierdziliśmy – “no niech już Pan go zostawi, idziemy do kasy” 😀

Wydaje się jednak, że trend ten ma szansę odwrócić się na korzyść e-przedsiębiorstw. Eksperci są zgodni co do tego, że sympatia do zakupów online – bez rozróżnienia na typ i rodzaj kupowanego produktu – rośnie.

Poza tym istnieją również bezpośrednie metody zabezpieczenia się przed przykrymi konsekwencjami ROPO. Zastanów się np. nad argumentem “chcę dokładnie zobaczyć produkt przed zakupem”.

Jasne, że w sklepie online, przy wykorzystaniu obecnej technologii nie da się zaoferować klientowi możliwości obejrzenia lodówki na odległość. Jednak nie poddawaj się!

Pomyśl – dlaczego klientowi zależy na dokładnym obejrzeniu tego, co chce kupić? Co naprawdę kryje się pod tą potrzebą?

Czy może być tak, że w Twoim przypadku najczęściej zależeć mu na tym, by nabyć nieuszkodzony egzemplarz? Takie coś może mieć miejsce albo wtedy, gdy handlujesz drogim asortymentem (w grę wchodzi więc obawa przed zostaniem oszukanym) albo gdy zamawia produkt, który z reguły potrzebny jest mu na “już, na teraz” (przypadek asortymentu prezentowego) i męczenie się ze zwrotem będzie w jego przypadku bardzo niepożądane.

Jeśli takie coś identyfikujesz u siebie – eksperymentuj z polityką ekstremalnie prostych i szybkich zwrotów, których koszt weźmiesz na siebie.

A może nie jest pewny, czy dana rzecz będzie pasowała do pokoju, w którym będzie stać? Albo nie jest pewny, czy ten kolor ubrania pasuje akurat do niego? Oto problem, z jakim mierzą się sklepy sprzedające wyposażenie wnętrz, odzież… i w zasadzie wszystkie inne przedmioty, które można wpisać w szeroko pojętą modę.

Wtedy możesz zainteresować się gotowymi rozwiązaniami wykorzystującymi technologię AR i VR (augmented reality oraz virtual reality – poszerzona i wirtualna rzeczywistość), które pozwolą klientowi załadować na Twoją stronę np. zdjęcie pokoju, a Twoje oprogramowanie zatroszczy się o umieszczenie produktu na swoim miejscu.

Tak działa np. IKEA Place App pokazując w jaki sposób meble będą się prezentowały na swoim miejscu przeznaczenia.

Dulux Visualizer pokaże nam jak będą wyglądały nasze ściany pomalowane na wybrane kolory.

W ten sposób klient niejako “dotyka” produktu przed zakupem!

A nawet jeśli specyfika Twojego produktu wymaga, by klient faktycznie musiał sprawdzić bądź przymierzyć produkt “na żywo”, gra wcale nie musi być dla Ciebie przegrana. Wystarczy, że odwrócisz działanie ROPO. Spraw, by klient produktu szukał w sklepie… a zamawiał go online! U Ciebie!

Jak? Wykorzystując obecne trendy i zachowania konsumentów.

Badania “The future of digital influence in retail” pokazują, że już w 2016 roku około 56% kupujących robi research online przebywając w sklepie. Sprawdzają opinie innych osób, które kupiły interesujący ich produkt, porównują ceny. I to jest okazja dla Ciebie.

Jeśli…

  • zatroszczysz się o to, by taki człowiek mógł szybko i bez problemu znaleźć Twoją stronę…
  •  zadbasz o świetną wersję mobilną Twojej strony…
  • zaproponujesz mu lepsze warunki, niż sklep w którym aktualnie przebywa…
  • sprowokujesz go do podjęcia natychmiastowej decyzji, że produkt lepiej jest zamówić u Ciebie (oferując np. zniżkę na pierwsze zamówienie, darmową dostawę – cokolwiek!)

ROPO może zadziałać na Twoją korzyść, zmieniając swoje pierwotne znaczenie z Research Online Purchase Offline na Research Offline Purchase Online. Wygrana jest Twoja!

2. Mentalność: “Produkt cyfrowy to nie produkt” – możliwość oszustw

Według definicji, o produkcie cyfrowym możemy mówić, gdy dystrybuowany przez nas “obiekt transakcji” może zostać przesłane jako plik. Ebook, nagranie audio lub wideo, checklisty, aplikacje, zdjęcia i grafiki, gotowe zestawy konfiguracyjne lub szablony do Photoshopa czy Illustratora… Oto rzeczy, które co prawda mogą być streamowane i pobierane. Oczywiście mogą też zostać przekształcone w fizyczną postać (np. ebook może zostać wydany w formie papierowej książki – nie ma problemu), ale jego główna struktura ma zawsze postać cyfrową.

No i właśnie – to, co dla nas jest błogosławieństwem, bo zdejmuje z naszych barków np. opłaty związane z prowadzeniem magazynu, może się okazać również przekleństwem.

Bo wyobraź sobie, że są ludzie, dla których nadal produkt cyfrowy to nie jest do końca produkt. Nie mogą go dotknąć, spróbować, postawić sobie na szafce… więc to tak jakby nie istniało, prawda? Po co za coś takiego płacić, skoro można kliknąć “kopiuj i wklej”?

Tutaj będę brutalnie szczery – to jest ryzyko, które musisz wpisać w sprzedaż produktów cyfrowych. Oczywiście istnieją różnego rodzaju zabezpieczenia przed kopiowaniem, znaki wodne, klucze szyfrujące.

Są autorzy, którzy nie umożliwiają swoim klientom pobierania nagrań – można je oglądać tylko online. Są firmy, które decydują się na kilka głośnych i pokazowych pozwów, by zniechęcić wszystkich amatorów piractwa do stawania w szranki z ich prawnikami, którzy capną każdego złodzieja cudzej własności intelektualnej.

Nie jestem przeciwnikiem takich rozwiązań, ale uważam, że nie należy tutaj popadać w paranoję. Trzeba pamiętać, że każde zabezpieczenia można złamać – jak to mawiają, na każdego kozaka znajdzie się większy kozak, każda kosa w końcu natrafi na kamień i tak dalej.

Na szczęście badania sugerują, że sporo na tej płaszczyźnie zmienia się w głowach społeczeństwa. Widać to również po postępujących trendach. Tworzonych i sprzedawanych produktów cyfrowych jest coraz więcej.

W dodatku zdradzę Ci sekret – im bardziej Twoja społeczność jest dojrzała, im bardziej Cię lubi i Ci ufa, im bardziej rozumie ogrom pracy stojącej za każdym Twoim produktem, tym mniejsza szansa na to, by zależało jej na oszukiwaniu Ciebie. Warto więc dbać o edukację swoich klientów i… po prostu, po ludzku, ufać im. A tych, którzy Twoje zaufanie nadwyrężą, wpisywać w ryzyko zawodowe.

No i trzeba pamiętać, że “tradycyjne” biznesy również są narażone na różnego rodzaju próby oszustwa. Na przykład firmy z garniturami czy sukniami mają problem, że ktoś kupuje dla siebie odpowiednią kreację, bierze ślub, a następnie… robi zwrot. SERIO!

Nie mieści mi się to w głowie, ale tak jest. A produkt cyfrowy przynajmniej nie może zostać “zużyty”….

3. Problemy z produktywnością

Jeśli do tej pory pracowałeś w systemie “9 – 17”, miałeś nad sobą szefa, któremu na bieżąco raportowałeś postęp swoich prac, to gwarantuję Ci – przejście na swoje będzie dla Ciebie olbrzymim szokiem. Poza mnóstwem widocznych na pierwszy rzut oka zalet, odkryje przed Tobą również swoje ciemne strony.

I jedną z nich na pewno będzie problem z produktywnością.

Nie wszyscy potrafią sami zmusić się do pracy w domu. Nie wszystkim będzie sprzyjała biegające wokół biurka córeczka lub miauczący kot. A sama świadomość, że “nie trzeba nigdzie jechać, wystarczy odpalić komputer i jestem w pracy” również może zebrać swoje krwawe żniwo na Twojej produktywności.

Często obserwowanym wśród początkujących przedsiębiorców problemem jest porzucenie (pozornie znienawidzonej) dyscypliny, jaką narzucali sobie w trakcie wcześniejszych zajęć.

Siadają do komputera w piżamie, rozczochrani, z nieumytymi zębami… i nie mogą zrozumieć, dlaczego praca nie idzie. Dlaczego coś, co wcześniej robili w godzinę, teraz zajmuję im trzy.

Inną sprawą jest podejście członków rodziny do zmiany w Twoim trybie pracy. No bo skoro pracujesz w domu, to przecież możesz wstawić pranie, ugotować obiad i pozmywać naczynia, prawda?

Ano, prawda… pod warunkiem, że nie chcesz ruszyć ze swoim projektem choćby o krok do przodu. Dlatego uważam, że przy prowadzeniu działalności internetowej bardzo ważnych jest kilka kwestii:

a) Odpowiednie nastawienie mentalne i właściwe techniki zarządzania sobą

Celowo nie mówię tutaj o “zarządzaniu czasem”, nie pokuszę się nawet o “zarządzanie sobą w czasie” (choć jest to sformułowanie, z którego chętnie korzystam np. przy okazji kursu “Liczy Się Czas”, szczególnie polecanego dla przedsiębiorców internetowych).

Mówię o systemie, który umożliwi Ci zarządzanie całym sobą w taki sposób, by być maksymalnie efektywnym. I nie mam tu na myśli wyciskania z siebie ostatnich kropli krwi i potu.

Chodzi tu o stworzenie sobie takich warunków, w których będziesz mógł osiągnąć zamierzone cele w sposób możliwie bezbolesny, zachowując przy tym jasny podział między pracą, a tym, co pracą nie jest.

Jeśli więc w tym zagadnieniu upatrujesz swoje największe wyzwanie, zerknij tutaj.

Jako inspirację zostawiam również linki do materiałów na temat grup “mastermind”, które dla samotnych przedsiębiorców mogą się najpotężniejszym narzędziem do zapanowania nad swoją pracą:

b) Odpowiednia komunikacja z członkami rodziny i przyjaciółmi

Bez wsparcia najbliższych będzie Ci ciężko. Z ich wrogim nastawieniem (prędzej czy później wyniknie ono z braku zrozumienia Twojej sytuacji), które odczujesz jako nieustanne przeszkadzanie Ci w pracy, masz praktycznie gwarancję porażki. Jeśli w tym upatrujesz ryzyko swojego przedsięwzięcia – zrób teraz przerwę i zapoznaj się z tym tekstem.

4. Wystawiasz się

Kiedy siedzisz sobie na ciepłej posadce w komfortowym korpo i coś się sypie, zawsze możesz powiedzieć: to nie moja wina. Tu zawinił X, tam zawinił Y, a w ogóle to ja “tylko wykonuję rozkazy”, “ja tu tylko sprzątam”. Stoi za Tobą potężna machina, kryje Cię multum procedur, które “tylko wypełniasz”, a kiedy coś idzie nie tak, jak powinno, to zawsze może znaleźć się ktoś, kto daną sytuację naprawi.

Prowadząc mały biznes online sytuacja ta odwraca się o 180 stopni. Bo nagle okazuje się, że to Ty jesteś za wszystko odpowiedzialny: to dobre, ale też… to złe.

I tutaj w grę wchodzi jeszcze jedno: małe biznesy online są z reguły oparte o markę osobistą właściciela. To oznacza, że musisz się wyeksponować. Musisz stać się po części osobą publiczną (przynajmniej w pewnym sensie). Musisz być autorytetem i ekspertem w tym, co robisz. A z tym wiążą się również pewne zagrożenia.

Bo mówiąc wprost: nie wszystkim będzie pasowało to, co robisz. Twoi znajomi i Twoja rodzina będzie mogła podglądać to, co robisz, co publikujesz. Będzie mogła odpalić Twój ostatni film na YouTubie i będą mogli przeczytać Twój ostatni tekst na blogu. I może się okazać, że w krytyce Twoich poczynań wcale im nie przeszkadza to, że totalnie nie znają się na tym, o czym mówisz.

W dodatku samo to, że “coś robisz” również nie będzie wszystkim pasował. I znajdą się tacy, którzy nie będą mieli problemu, by w jasny (ale totalnie niekonstruktywny sposób) sposób zakomunikować Ci to.

Moja rada? Przygotować się na to, co może Cię spotkać, kiedy postanowisz wychylić głowę i… nie przejmować się tym. Z czasem uda Ci się to osiągnąć. Momentami będzie ciężko, zwłaszcza na początku – dlatego też tak ważne jest tutaj wsparcie Twoich bliskich.

5. Paraliż decyzyjny (mnogość możliwości)

Wróćmy jeszcze na chwilę do “wypełniania rozkazów”. Jeśli pracujesz na etacie, to być może jest to coś, co obecnie przeklinasz i uważasz, że pozbawiony szefa będziesz mógł wspinać się na wyżyny własnej kreatywności, rozwiązywanie problemów okaże się dla Ciebie najwspanialszą rozrywką pod słońcem, a podejmowanie strategicznych decyzji stanie się Twoim hobby, któremu oddajesz się w celach relaksacyjnych.

No cóż… życzę Ci, by tak się stało, ale praktyka dnia codziennego każe mi mocno wątpić w urzeczywistnienie się takiej wizji.

Widzę po sobie i obserwuję u zaprzyjaźnionych przedsiębiorców, jakie skutki może na człowieku wywierać niczym nieograniczona mnogość możliwości. W skrócie: skoro możesz robić wszystko, to w efekcie.. nie robisz niczego.

Rozwiązaniem jest tutaj umiejętność odpowiedniego ustalania priorytetów. I choć to pięknie i prosto brzmi, stanowi dla wielu osób jedno z największych wyzwań “pracy na swoim”. Ale bez obaw – w kolejnym artykule porozmawiamy o kilku narzędziach i strategiach, które powinny Ci pomóc w wyborze właściwej ścieżki. A to ona przecież decyduje o tym, jakie projekty postanawiasz realizować.

W tym momencie powinieneś wiedzieć na co się porywasz. Wiesz jakie są szanse i jakie zagrożenia czyhają na śmiałków, którzy decydują się rzucić wyzwanie wolnemu rynkowi 😉

W takim razie… co dalej?

Kolejny krok, to przejście od słów do czynów. Zacznij tu gdzie jesteś i z tym co masz. Zobaczysz gdzie Cię to zaprowadzi. Może będziesz chciał mieć małą, dochodową i ultrazwinną firmę, która daje Ci zarówno bardzo przyzwoite zyski jak i czas dla siebie i najbliższych? A może z czasem będziesz chciał zamienić ją z jakiegoś powodu w duże i prężne przedsiębiorstwo?

Tego ani ja, ani Ty nie wiemy.

Koniecznie przeczytaj tę książkę! 

Jednak w tym miejscu chciałbym Ci zarekomendować książkę „Firma czyli Ty” autorstwa Paula Jarvisa. Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych książek jakie przeczytałem w tym roku. Książka ta wspaniale tłumaczy jak być małą firmą, która robi wielkie rzeczy.

Od początku działania mojej firmy intuicyjnie i podejmując różne eksperymenty dążyłem do tego, co Paul doskonale opisał w swojej książce.

Pozostań mały, twórz produkty skalowalne, nie buduj wielkich struktur, pracuj z profesjonalistami zatrudnionymi kontraktowo, pracuj w skupieniu, dbaj o klientów, których już masz, pilnuj jakości, bądź przyzwoitym człowiekiem.

Taki sposób działania jest mi bardzo bliski, ale nie ukrywam, ze nie raz i nie dwa w mojej głowie pojawiały się myśli, że może jednak moja filozofia jest zła? Szkodliwa? Niebezpieczna?

Z drugiej strony prowadzenie właśnie takiej firmy daje mi bardzo dobrą sytuację finansową, mam czas dla rodziny, na własną edukację i zadbanie o własne zdrowie.

Po przeczytaniu tej książki poczułem pewnego „rozgrzeszenie”.

Co ciekawe książka pokazuje i udowadnia (są przytoczone liczne badania i statystyki), że wielkie firmy są równie często, a nawet częściej te małe narażone na brak płynności finansowej, rosnące koszty, problemy kadrowe, destabilizację rynkową i wrogie przejęcia. W dużego łatwiej trafić 😉

Jak na nią trafiłem?

Pierwszy raz o książce usłyszałem od Michała Szafrańskiego z bloga JakOszczedzacPieniadze.pl. Najpierw przeczytałem ją w oryginale, a jak tylko dowiedziałem się, że będzie wydana po polsku, to postanowiłem, że zrobię co w mojej mocy, żeby filozofia „możesz być małą firmą i robić wielkie rzeczy” rozniosła się tak szeroko jak to tylko możliwe. Stąd ten wpis.

Książkę możecie zakupić na tej stronie i jeśli miałbym zasugerować, który pakiet wybrać, to polecam Druk + ebook.

To się po prostu opłaca, bo ebooka zostawiasz u siebie, a książkę możesz komuś sprezentować pod choinkę (a święta tuż, tuż!).

Przynajmniej prezent dla jednej osoby będziesz miał z głowy, a książka to zawsze dobry prezent.

Ale to nie wszystko! Mam dla Ciebie bombowy prezent!

W książce „Firma czyli Ty” jest nacisk na to, żebyśmy byli coraz lepsi w swoim fachu, bo to gwarantuje lojalność klientów, oraz to, że będą nas polecać dalej.

Z mojej perspektywy wątek tego, jak mieć więcej klientów z polecenia został w zasadzie tylko zasygnalizowany na zasadzie: „rób świetną robotę, a będą Cię polecać”. To trochę za mało.

Z drugiej strony nie dziwię się autorowi, bo to jest temat na zupełnie osobą książkę. Dlatego postanowiłem, że przygotuję dla was rozwinięcie tego wątku.

Od początku swojego działania w dużej mierze działam w oparciu o rekomendacje. O niektórych moich strategiach opowiadałem w rozmowie jaką przeprowadził ze mną Dominik Juszczyk na temat tego, jak sprzedawać jak nie sprzedając.

Natomiast temat jest dużo szerszy i o wielu metodach, które stosuję nigdy nigdzie nie wspominałem. Część przedstawiłem na szkoleniu „Marketing Machine” w 2014 roku, ale od tamtej pory ta lista została bardzo mocno zaktualizowana.

Ebook, który przygotowałem wypełniony jest po brzegi:

  • badaniami pokazującymi jaka jest siła rekomendacji,
  • konkretnymi wskazówkami (jestem przekonany, że część możesz natychmiast zastosować w swojej firmie)
  • licznymi przykładami małych firm, dla których rekomendacja to nie prezent, ale świadomie zaplanowany proces

Jestem przekonany, że te wskazówki przyczynią się do większej ilości klientów  z polecenia w Twojej firmie, niezależnie od branży w jakiej działasz (no chyba, że bierzesz udział w przetargach).

Dostaniesz tego ebooka w prezencie do książki „Firma czyli Ty” jeśli zdecydujesz się na jeden z tych pakietów:

Druk + ebook

Druk + ebook + audiobook

 

PS. Skoro tu jesteś i czytasz te słowa, to prawdopodobnie oznacza, że przeczytałeś cały artykuł. Chciałbym Ci za to bardzo podziękować. Dla takich jak Ty powstają te treści. Jesteś super! Dziękuję 🙂

30
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
12 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
19 Comment authors
GrzegorzBartek PopielDobrawaIgorOlga Recent comment authors
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mateusz
Gość

Fajnie Bartek. Książkę kupiłem zaraz po jej ukazaniu się w PL. Czy w związku z tym będzie inny sposób na otrzymanie Twojego Ebooka?

Karolina
Gość
Karolina

Świetny artykuł. Myślę, że jeszcze nie raz do niego wrócę.
Czekam oczywiście na kolejne artykuły.
Pozdrawiam

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Będą niedługo pojawiać się kolejne. 🙂

Paweł
Gość

Ej, ale angielski billion to nie polski bilion 😎

A tak to genialny artykuł, zostawiam do dłuższej rozkminki.

Paweł
Gość
Paweł

Dzięki Bartek za artykuł – jak zwykle bardzo merytorycznie 😉
Pozdrawiam!

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Również pozdrawiam.;)

GRAŻYNA
Gość
GRAŻYNA

Dziękuję bardzo za artykuł.To o czym piszesz to są dla mnie now3e rzeczy.Staram się jednak uczyć.Pozdrawiam serdecznie

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Niech ta wiedza Ci służy. Powodzenia!

Leyraa
Gość

Nikt nie powiedział że będzie łatwo, ale na pewno będzie warto – to prawda 🙂
A na znajomych co nie wspierają prosty trik – posadzić ich na chwilę na swoim miejscu 🙂 Niech napiszą choć jeden post sprzedażowy na FB albo zmontują nagranie na YT – zaraz oczy się otwierają 🙂

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

To prawda. Często Ci co mają najwięcej do powiedzenia nie przeżyli danych rzeczy na własnej skórze.

Tomek
Gość

Cześć Bartek,
W newsletterze pisałeś, że spotkałeś się z hejtem za swoją działalność – co bardzo mnie zaskoczyło, patrząc na to co robisz i wartość jaką dajesz.
Czy możesz podać jakieś przykłady krytyki z którą się spotkałeś i co wtedy robiłeś?
Pozdrawiam 🙂

Maciej
Gość

Mega porcja wiedzy 🙂 Po przeczytaniu tego artykułu miałem wrażenie, że jest tu więcej mięsa niż w niejednej książce. Książkę Paula Jarvisa już mam, czekam aż Twój ebook będzie w sprzedaży 🙂

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Dziękuję. E-booka już niedługo pojawi się w sprzedaży.

Bernard
Gość
Bernard

Bartek, artykul jest bombowy i na pewno bede do niego powracal. To cala masa informacji skupiona w jednym. Dzieki serdecznie i chwala Ci za to, ze dzielisz sie swoja wiedza i doswiadczeniami ze swoimi czytelnikami. Czekam juz teraz na kolejne Twoje opublikowania. Pozdrawiam i zycze samego szczescia.
Bernard.

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Dziękuję za tak bombową reakcję i przemiłe słowa. 😀

Dorota
Gość
Dorota

Super, że tyle wiedzy w jednym miejscu. Artykuł do wielokrotnego czytania;) Bardzo podoba mi się, że ukazujesz wszystkie ” blaski i cienie” – ale dajesz też od razu konkretne podpowiedzi jak wszystko jeszcze bardziej ustrukturyzować. I zgadzam się z Tobą, że biznes to biznes – trzeba włożyć masę pracy, by ta machina działała. Tylko lepiej od początku wiedzieć jak coś robić, by nie wykonywać syzyfowej pracy;) Zaczynać od mocnych fundamentów. W tym m.in.stałego łącza internetowego;) okazuje się, że mobilny internet w wielu sytuacjach rozwala Ci system. Czekam na kolejny artykuł;)

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Proszę uprzejmie. Staram się. 😀

Eryk
Gość

Bartku dzięki za rekomendację książki. Książka kupiona. Ja mogę odebrać twojego ebooka?

P.S. Świetny artykuł. Twój blog zainspirował mnie do tego aby zacząć pisać równie wypasione i wartościowe treści. Aktualnie zbieram materiały na pierwszy taki filarowy wpis 🙂

Mateusz
Gość
Mateusz

Bartek – powołujesz się na anglojęzyczny portal http://www.statista.com, ale kraje anglosaskie stosują tzw. skalę krótką.
W angielskim bilion to nasz miliard (1.000.000.000), a trillion to nasz bilion (1.000.000.000.000).

Inaczej oznaczałoby to, że każdy człowiek na ziemi (od noworodków po staruszków – w tym z krajów rozwijających się) musiałby kupić rocznie ok. 240 produktów, a ich wartość przekraczać 300.000 razy PKB świata.

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Racja. Już to zmienię. Dziękuję za zwrócenie uwagi.

Dariusz
Gość

Dziękuję za ten materiał.

Dariusz Łukasik
Gość

Dziękuję za ten materiał.

Olga
Gość
Olga

Cześć Bartek, o tej książce mówiłeś już w wywiadzie dla „Mała Wielka Firma” chyba i już wtedy zaciekawiła ona mnie. Super ze mogę ja kupić i dostać w prezencie twojego e-booka.
Tekst ciekawy i prawdziwy, dla początkujących myśle ze bardzo przydatny.

Igor
Gość

Bartku, zebrałeś mnóstwo ważnej wiedzy i przekazałeś ją w idealnym momencie mojego życia. Dziękuję! Książkę “Firma czyli Ty” już posiadam – również za sprawą Michała Szafrańskiego 🙂 Niestety nie widzę w swoim bliskim otoczeniu osób, które mógłbym nią obdarować, zatem dołączam do grona osób oczekujących na to, aż Twój ebook będzie do kupienia u Ciebie. Pozdrawiam!

Dobrawa
Gość
Dobrawa

Bartek – super post.

Bartek Popiel
Admin
Bartek Popiel

Dziękuję 🙂

Grzegorz
Gość
Grzegorz

Bardzo ciekawie 👌☺️